odbierz prezent na dobry start

Jak rzucić pracę w korporacji i zająć się korektą tekstów

Z tego artykułu dowiesz się m.in.:

• czy musisz zakładać działalność gospodarczą, jeśli dopiero zaczynasz w korekcie;
• jak znaleźć zlecenia, jeśli nie masz strony WWW i nie działasz w social mediach;
• jak stworzyć portfolio, gdy nie masz jeszcze na koncie żadnej współpracy;
• czy lepiej zajmować się wszystkim, czy znaleźć swoją niszę.

Co byś powiedziała o kimś, kto niemal pół życia spędził na etacie w banku, po czym nie dość, że zdecydował się na freelance, to jeszcze zaczął działać w zupełnie nowej branży? Czy pomyślisz sobie, że to wariactwo, czy raczej oznaka niebywałej odwagi? Prawdopodobnie i jedno, i drugie, ale przede wszystkim to dowód na to, że warto słuchać własnych potrzeb i iść za głosem serca. 

Zapraszam Cię do lektury wywiadu z Dorotą Prus, która przeszła przemianę zawodową uzbrojona w Canvę, Worda i chęć do nauki. Dziś zajmuje się korektą i redakcją i po 15 latach spędzonych na etacie rozsmakowuje się w pracy na własnych warunkach, która daje jej poczucie szczęścia. 

Sprawdź, czy jej historia zainspiruje Cię do podążania za własnymi marzeniami. 

Spinacz biurowy

Lista najważniejszych wniosków na przyszłość

  • Żaden kurs poprawności językowej nie stanie się przepustką do sukcesu, jeśli przekonania w Twojej głowie wymagają gruntownych porządków. 
  • Zacznij działać, zanim poczujesz się gotowa. 
  • Zmień perspektywę – nie patrz na swoje obawy, a zamiast tego spójrz wreszcie na potrzeby klientów. 
  • Nie marnuj czasu na zbyt długie przygotowania, bo klientom zależy na Twoich umiejętnościach, a nie na Twoim koncie w social mediach. 

Przed Tobą: 

  • wideo – jeżeli chcesz obejrzeć rozmowę; 
  • artykuł – jeżeli wolisz czytanie. 

Wersja do oglądania

Wersja do czytania

Ewa Binda: Witamy Was serdecznie. Porozmawiamy o tym, w jaki sposób rzucić pracę w korporacji i zacząć pracować stuprocentowo jako korektorka. Opowie nam o tym Dorota Prus – kobieta, która przez 15 lat pracowała w banku, gdzie miała bezpieczny etat.  

Od dzieciństwa wykazywała zdolności do pracy jako korektorka i udało się jej zrealizować to marzenie krok po kroku. Dzisiaj opowie nam, jak to robi, że łączy wiele zawodów – jest nie tylko korektorką, ale także wirtualną asystentką, poza tym organizuje biegi. Wykorzystuje w swoim życiu wiele talentów. 

Powiedz kilka słów o sobie – kim jesteś, czym się zajmujesz. 

Dorota Prus: Po 15 latach skończyłam pracę w korporacji w bankowości i zajęłam się korektą tekstów. Dodatkowo pracuję też jako wirtualna asystentka, ale w dosyć ograniczonym zakresie. Nie jest to typowa wirtualna asysta – mam swoją wąską działkę, czyli tworzę prezentacje, ofertówki, grafiki.  

W tym się czuję dobrze i uważam, że lepiej być dobrym w czymś małym, niż robić wszystko, ale po macoszemu. Mam też pasję, czyli bieganie. Współorganizuję biegi i pomagam przy nich wolontariacko. 

Wykonujesz zawód korektorki, ale nie jesteś polonistką. Jakie masz wykształcenie? 

Skończyłam filologię rosyjską, ale gdzieś tam miałam ciągoty do polonistyki. Nie ukrywam, wyssałam to z mlekiem matki – moja mama jest polonistką, teraz już na emeryturze.  

Po liceum stwierdziłam, że pójdę na filologię polską, ale się nie dostałam. Startowałam też na inną uczelnię, gdzie był łączony kierunek filologia polska z rosyjską, ale w dniu egzaminu okazało się, że z braku chętnych został zlikwidowany. Mieliśmy do wyboru: iść na egzamin albo na filologię rosyjską, albo na filologię polską.  

Nie ukrywam, że poszłam na filologię rosyjską wyłącznie z lenistwa. Siedziałam tam już tyle czasu, na dodatek tata czekał za drzwiami… Egzamin na filologię polską trwał do wieczora, a na rosyjską były tylko 3 pytania i wychodziliśmy po chwili do domu. 😉  

Naprawdę poszłam na ten egzamin z lenistwa i bardzo NIE żałuję, że akurat tak się skończyło. Czułam się na tym kierunku bardzo dobrze, a filologii polskiej chyba nie udźwignęłabym. Udało mi się nawet pracować kilka lat w zawodzie – byłam lektorem w szkołach i wykładowcą na uczelni.  

W tamtych czasach były to tylko umowy zlecenia, więc szukałam normalnej pracy. No i tak trafiłam do bankowości, gdzie spędziłam 15 lat. Wtedy było bardzo łatwo dostać tę pracę. Nie żałuję, bo bardzo wiele rzeczy nauczyłam się przez te lata. 

Czy w pracy w banku mogłaś wykorzystywać umiejętności językowe? Wspominałaś kiedyś, że już w dzieciństwie zdarzało się, że widziałaś błędy w książeczkach dla dzieci, w bajkach, że mama robiła Ci dyktanda. Miałaś uzdolnienia językowe, z których pewnie nie zdawałaś sobie jeszcze sprawy. 

Czy ujawniły się podczas pracy w banku? Na przykład w komunikacji z klientami, a może poprawiałaś teksty na strony internetowe? 

Nie, zawsze jednak przychodziło mi to z łatwością. Dopiero teraz to sobie uświadamiam, np. kiedy otwieram swoje książeczki z dzieciństwa; w wieku 6 lat poprawiłam w „Kubusiu Puchatku” błąd, który był zamierzony, czyli „miód” przez „u” zwykłe. W pamiętnikach z dzieciństwa czy w złotych myślach też poprawiałam błędy. Teraz się z tego śmieję, bo wtedy kompletnie nie byłam tego świadoma.  

W pracy też miałam łatwość wyłapywania błędów. Kiedy dostawaliśmy umowy czy dokumenty dla klientów, to bardzo szybko wpadały mi w oczy i rzeczywiście na nie reagowałam. Najpierw pracowałam w sprzedaży, a później w centrali, w organizacji szkoleń, i tam teksty już częściej się pojawiały. Wyłapywałam błędy w podręcznikach lub w materiałach szkoleniowych, tak po prostu, sama z siebie. 

Często jest tak, że uznajemy to, co przychodzi nam naturalnie, za coś zupełnie normalnego także dla innych osób. Czy miałaś wewnętrzną satysfakcję, znajdując błędy w różnych tekstach? 

Ja miałam satysfakcję, ale osoby, które ze mną żyły – niekoniecznie; zawsze słyszałam: „Boże, ty się zawsze musisz do wszystkiego przyczepić”. I któregoś dnia stwierdziłam: „Czemu nie zrobić z tego sposobu na życie?”. 

To bardzo dobra droga, aby wykorzystać coś, co jest Twoją supermocą i przychodzi Ci z łatwością.  

Przyszedł jednak moment bardzo dużych zmian. Kiedyś, wiele lat temu, dyrektorka regionalna powiedziała mi podczas którejś tam fuzji: „Masz tylko 2 wyjścia – albo akceptujesz zmiany, które zachodzą i zawsze będą się pojawiać, i zostajesz, albo ich nie akceptujesz i odchodzisz”.  

Przez wiele lat przy każdej zmianie pojawiało mi się w głowie: „Czy ja tę zmianę akceptuję, czy ja się dobrze z nią czuję?”. I dopóki było w porządku, to zostawałam. Przyszedł natomiast moment, kiedy przestałam je już akceptować, bo były ze mną niespójne. Miało to związek z moją przemianą życiową – w moim życiu prywatnym wiele się wydarzyło, przeszłam spory proces terapeutyczny i rozwoju wewnętrznego. Wtedy na pewne rzeczy po prostu przestałam się godzić. 

Byłam już strasznie zmęczona i zaczęłam szukać swojego miejsca. Kompletnie nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, byłam załamana. Rozwiązanie przyszło właściwie samo i niespodziewanie. To nie było tak, że ja od razu zajęłam się korektą – trwało to w sumie 1,5 roku. Widziałam, że jest w tym jakiś potencjał. Zrobiłam kurs, ale nie czułam się po nim pewnie. Mimo tego zaczęłam już coś tam robić i dostrzegałam więcej miejsc, gdzie można taką pracę wykonywać.  

Trafiłam na webinar o pracy korektora i zobaczyłam, że jest tyle możliwości, że można robić tyle rzeczy – poprawiać gry planszowe, komiksy, bajki dla dzieci, ulotki, materiały szkoleniowe. Stwierdziłam, że dużo wiem o sprawach rozwojowych, bo zajmowałam się tym w pracy, więc to będzie mój punkt wyjścia. Zacznę szukać zleceń tam, gdzie dobrze się czuję. Można powiedzieć, że zaczynałam na bezpiecznych tekstach, które znałam już z perspektywy merytorycznej. 

Czułaś się wypalona zawodowo, więc zaczęłaś się rozglądać. Zrobiłaś kursy, zaczęłaś dostrzegać szansę, jaka stoi przed Tobą w nowym zawodzie. Czy czułaś się wypalona do tego stopnia, że zrezygnowałaś z pracy, a potem zaczęłaś robić kursy? Skoczyłaś na głęboką wodę czy było to raczej łagodne przejście? 

Miałam zdiagnozowane wypalenie zawodowe, ale nie mogłam pozwolić sobie na to, żeby aż tak drastycznie się odciąć. Po prostu nie było mnie na to stać, ale od czegoś trzeba było zacząć. 

Działałam stopniowo. Robiłam kurs, kiedy jeszcze pracowałam. To było bardzo trudne do połączenia, bo to bardzo intensywna nauka. Zwłaszcza jak się jest po czterdziestce i nagle trzeba sobie przypomnieć: „Jezu, czym była ta przydawka? A okolicznik?”. I człowiek czuje się, jakby wracał do szkoły podstawowej. No niestety, w moim przypadku to była praca u podstaw – uczyłam się wszystkiego od początku. Jeżeli ktoś jest trochę wcześniej na swojej drodze życiowej i więcej pamięta ze szkoły, to będzie mu łatwiej.  

Zaczynałam od prostych rzeczy. Wydaje mi się, że podczas pierwszego kursu było tyle wiedzy, że wtedy nie byłam w stanie aż tyle przyswoić. To było dla mnie za dużo. Skończyłam kurs, ale nie czułam się gotowa, aby już tę pracę wykonywać. Wiedziałam, czego mi brakuje – na przykład wiedzę o interpunkcji stosowałam na czuja i nie byłam pewna, czy dobrze robię. Jak widzę teraz swoje teksty sprzed roku, to myślę sobie: „O Boże!”. 😉 

Ja też kiedy otworzę jedną z pierwszych książek, które redagowałam, to mam ochotę zapaść się pod ziemię. Zawód korektorki oznacza nieustanny samorozwój i dokształcanie się.  

Byłaś już po dużym kursie, ale nie czułaś się jeszcze pewna siebie, więc cały czas szukałaś nowych możliwości rozwoju – to bardzo ważne, bo dzięki temu spotkałyśmy się w Misji #Interpunkcji. Ukończyłaś ten kurs bardzo szybko. 

Trochę byłam zmuszona, nie ukrywam. Poprzedni kurs robiłam z myślą: „Mam czas”. I doszło do tego, że zrobiłam go w 3 tygodnie, żeby go tylko skończyć i oddać prace domowe na czas. 

Tym razem zaplanowałam naukę. Na początku robiłam moduły po kolei, ale przecinek celowo ominęłam. To była moja metoda, którą chętnie podpowiem. Po pierwszym kursie wiedziałam już, że przecinek jest gigantem i zejdzie mi na niego bardzo dużo czasu. Zabraknie mi przez to siły na te drobniejsze kwestie, więc zrobię je po macoszemu. Postanowiłam więc totalnie zostawić przecinek: niech sobie tam leży, czeka na mnie.  

Przeszłam przez wszystkie moduły, webinary i ćwiczenia. I z każdego tego modułu brałam po trochu. Świetna była dla mnie praca na tekstach podczas audytu. Wyciągnęłam stamtąd dużo rzeczy i jak doszłam do przecinka, to już sporo wiedziałam i było mi łatwiej. Wiedza zawarta w modułach jest powtarzana i łączy się, dzięki czemu można ją świetnie usystematyzować. Tak że to był właśnie mój sposób na naukę.  

W międzyczasie dostałam zlecenie w jednej z redakcji. Wiedziałam, że to już nie przelewki: to jest moje być albo nie być i jeżeli tam zawalę, to będzie ciężko. Mogłam zacząć od kwietnia, ale postanowiłam zacząć od maja, bo była szansa, że do końca kwietnia skończę kurs. I wrzuciłaś wtedy post z wyzwaniem, aby właśnie w tym terminie go skończyć. 😊 

To musiał być znak. Ale wiedziałaś przecież, po co to robisz: miałaś ofertę pracy, którą już właściwie dostałaś. Opowiesz, w jaki sposób otrzymałaś to zlecenie i czym się tam zajmujesz? 

Niemal wszystkie moje zlecenia są z Facebooka. Na grupach dla redaktorów i korektorów (jest bardzo dużo takich grup, dla wirtualnych asystentek też) bardzo często wrzucane są posty, że ktoś szuka kogoś do poprawy tekstów albo że potrzebuje coś stworzyć. Tak właśnie trafiłam na jedno ze zleceń od osoby, która szukała kogoś, kto pomoże jej napisać e-booka. W drugim przypadku dziewczyna, która odchodziła na dłuższy urlop, szukała kogoś na swoje miejsce. Byłam już wtedy po pierwszym płatnym zleceniu korekty gry planszowej, które trafiło się u Ciebie na grupie.  

Pamiętam, że to był taki mój moment przełomowy. To pierwsze zlecenie było bardzo krótkie i szybkie, bo chodziło o czas. Ja ten czas miałam, więc się zdecydowałam i zostałam przyjęta. To mi dodało pewności, że „Dobra, mogę powalczyć”. Wysłałam kolejne zgłoszenie, dostałam tekst próbny. Nie było żadnej rozmowy kwalifikacyjnej, dostałam po prostu żywe teksty, z którymi pracowali na co dzień, i miałam je poprawić. No i otrzymałam informację: „Bierzemy cię”.  

Dla mnie to było „Wow, czyli jednak potrafię”. Zwłaszcza że zostałam zatrudniona razem z dziewczyną, która już od wielu lat jest korektorem; to był dla mnie sygnał, że nie jest ze mną źle. Praca polega na poprawianiu tekstów do gazety codziennej i jest to typowa korekta – bez redakcji, bez angażowania się w tekst. 

Oczywiście nie jest tak, że wszystko umiem; bardzo wiele rzeczy sprawdzam, szukam, poprawiam, po mnie również poprawiają. Ale fajnie, że bardziej doświadczone dziewczyny dają mi informację zwrotną, że „Słuchaj, nad tym jeszcze musisz popracować, tu jeszcze popełniasz błędy”. Dzięki temu cały czas się rozwijam, a bez takiej żywej pracy ciężko jest się tego wszystkiego nauczyć. 

To nieustająca nauka i świetnie, że możesz skorzystać ze wsparcia osób, które są dłużej w zawodzie i mają większe doświadczenie. Mogą pięknie wskazywać Ci ewentualnie pola do dokształcenia się. 

Wspominałaś wcześniej o ważnej rzeczy dotyczącej pracy jako wirtualna asystentka – nie robisz wszystkiego od A do Z, tylko wybrałaś sobie wąską specjalizację. W Twoim przypadku to prezentacje, bo to jedno z zagadnień, z którymi lepiej się czujesz. Czy w korekcie też masz jakieś prace, które sprawiają Ci większą radość? Na przykład teksty o określonej tematyce? 

Bardzo lubię teksty rozwojowe, coachingowe, psychologiczne, podróżnicze, sportowe. To niesamowita wartość dodana tej pracy, że można czytać bardzo różne teksty. Teraz czytam na co dzień teksty prawnicze i ekonomiczne, bo właśnie takie poprawiam. Nagle musiałam się nauczyć kodeksów, nazw ministerstw, specyficznego języka. 

Staram się nie odmawiać tekstów, które nie są „moje”, bo bardzo dużo można się z nich nauczyć. Czytając, dużo rzeczy się dowiadujemy, poza tym wychodzę z założenia, że to testowanie tego, z czym chcemy pracować.  

Ja nie widzę się np. w książkach i poradnikach związanych z dziećmi. Nie mam dzieci i nie zrozumiem ich języka, więc ciężko mi poprawiać coś takiego. Po prostu się za to nie biorę. Dla innych z kolei ten sposób wypowiadania się – błędy, przeinaczone słowa – będzie naturalny. Ciężko jest mi też poprawiać teksty naukowe, informatyczne. Wolę teksty proste, codzienne, np. blogowe. 

Poza tym szybko się nudzę i wolę poprawić 20 tekstów, które mają po 2 strony, niż 1, który ma 40. Jakoś tak mam, że wolę robić więcej krótszych tekstów niż jeden bardzo długi, więc podziwiam osoby, które zajmują się książkami. Chyba że to jakieś thrillery polityczne, gdzie akcja cię po prostu wciąga.  

Wiele osób myśli o tym zawodzie, że to czytanie w pracy. Robisz kawkę, zasiadasz w fotelu, kocyk, muzyczka i czytasz sobie, jakiś tam przecineczek wstawisz. Czy tak jest naprawdę? Czy jednak musisz się mocno skupić? Jak Ty pracujesz? 

Trzeba się bardzo mocno skupić. Kiedyś pierwszą rzeczą, którą robiłam po wstaniu rano z łóżka, było włączenie radia, a ostatnią – wyłączenie go. Teraz moje radio prawie nie gra, bo rozprasza mnie to podczas czytania. Kiedyś pisałam i czytałam przy muzyce i nic mi nie przeszkadzało, ale w tej pracy już tak nie robię. Jest skupienie.  

Nie ukrywam, że po 4 godzinach nie wiem już, co czytam. Umysł jest tak zmęczony, że tekst czyta się mechanicznie – bardziej się na niego patrzy i wyłapuje momenty, fragmenty i słowa, niż skupia się na treści.  

Więc to nie jest tak, że się czyta dla przyjemności. Czyta się, niestety, technicznie. 

Jako korektorki patrzymy na tekst innymi oczami, ponieważ od razu zastanawiamy się, czy tu powinna być wielka litera czy mała, o jakie znaczenie chodziło autorowi, gdzie należy wstawić przecinek. I widzimy milion rzeczy, których zwykły czytelnik nie zauważy. To jest zupełnie inny poziom lektury. 

Czytając jako czytelnik, skupiamy się raczej na sensie. Jeśli nie zrozumiem jednego zdania lub coś przeoczę, to w następnym będę już wiedzieć, o co chodzi. W korekcie nie można niczego przeoczyć i trzeba wrócić do zdań, które są niezrozumiałe. Jeżeli czytam zdanie i nie wiem, o co w nim chodzi, to znaczy, że jest do przeredagowania. 

Zdarzają się teksty, głównie prawnicze, w których jedno zdanie może mieć 9 linijek i nie da się tego edytować, bo to wycinek z kodeksu – i koniec. Ale zdarzały mi się też książki, w których zdanie zajmowało 5 wersów, i żeby je zrozumieć, musiałam je przeczytać kilka razy. 

Kiedy widzę takie bardzo długie zdanie z przecinkami, to już wiem, że trzeba zrobić miszmasz na półpauzy.  

Masz jakiś typ błędów, które są najczęstsze na ostatnim etapie procesu wydawniczego – na etapie korekty? Czyli zanim tekst zostanie opublikowany na portalu internetowym, w formie drukowanej, jako e-book. 

Zależy od tekstów. W tekstach codziennych do mediów społecznościowych czy na blogi notoryczne jest „Pan”, „Pani”, „Ci”, „Wy”, „Nas” wielką literą. To katastrofa – wszystko, co się da, jest pisane wielką literą. No nie, to tak nie działa. Zdarzają się też błędy ortograficzne. 

Myślałam, że powiesz o interpunkcji. 😉 

Błędy interpunkcyjne to wiadomo. Kiedyś kompletnie nie zwracałam na nie uwagi, ale teraz już jestem świadoma. Miałam taki swój moment, że już wiedziałam, jak powinno się pisać, że tu ma być przecinek, a tam nie. Pisząc wiadomości na Messengerze czy inne szybkie komunikaty, nie zwracałam uwagi na poprawność. I któregoś dnia pomyślałam: „Bez sensu. Jak mam ćwiczyć, jeżeli sama źle piszę?”. 

Chodzi nawet o prywatne wiadomości. 

Inni nie zwracają uwagi na poprawność, bo nie wiedzą, jak powinno być. Ale ja wiem, więc się pilnuję – np. stawiam przecinek przed wołaczem. Staram się poprawiać samą siebie, żeby wyrabiać sobie ten nawyk w codziennym życiu, w mailach, w komunikacji – bo kiedy jak nie na co dzień. 

Uczysz się, praktykujesz i w ten sposób utrwalasz zdobytą wiedzę. 

Wymieniłaś dużo zalet pracy jako korektorka. Możesz czytać różnorodne i ciekawe teksty, a to służy samorozwojowi. Po odejściu z etatu zaczęłaś pracować jako freelancerka i masz teraz różnego rodzaju zlecenia, masz też pracę w gazecie. Co daje Ci praca jako korektorka oprócz samorozwoju i robienia tego, co sprawia Ci przyjemność? 

Daje mi na pewno bardzo dużą wolność czasową, nie jestem uwiązana godzinami. Oczywiście z wyjątkiem dni, kiedy mam dyżury w grafiku, bo gazeta musi wyjść do druku. Pozostałe zlecenia mogę realizować w dowolnym czasie.  

Nie jestem uwiązana miejscem, bo mogę pracować z każdego miejsca na Ziemi. Wystarczy mi tylko internet, i to czasami nie przez całą dobę, bo tekst mogę sobie ściągnąć i pracować offline. Oczywiście na początku mojej drogi ten internet jest ciągle włączony, bo sprawdzam wiele rzeczy, zwłaszcza kiedy pojawiają się jakieś nietypowe nazwiska czy stanowiska. To też część naszej pracy; zanim coś opublikujemy, musimy sprawdzić, czy dana osoba rzeczywiście się tak nazywa. 

Czuję wolność i gdy mam coś do załatwienia, to nie ograniczają mnie dni ani godziny pracy – że mogę tylko przed 9:00 albo po 18:00. Kiedyś to było problematyczne, a dziś kiedy coś załatwiam i słyszę: „Ale mam czas tylko o 13:00 w piątek”, to mówię: „Dobrze”. 😊 

Mogę sobie np. gdzieś wyjechać i pracować w międzyczasie czy po drodze w pociągu – po prostu biorę laptop i pracuję, jeżeli jest taka potrzeba. Mogę też wyjechać do rodziny, kiedy mnie potrzebuje, a równocześnie wykonywać swoją pracę. 

Jestem nocnym markiem, więc bardzo dużo rzeczy robię wieczorami, dzięki czemu w dzień korzystam z pięknej pogody. Zapytałaś mnie, czy jestem po wakacjach, bo jestem opalona – nie, ja po prostu wykorzystuję czas i się nie zastanawiam, mówię: „O, jest super! Idę albo pobiegać, albo na rower, albo pospacerować”.  

Oczywiście jest też druga strona medalu… 

Chciałam Cię o to zapytać, bo na razie powstała laurka, że to tylko samorozwój, elastyczny czas pracy, pracowanie na plaży… Jakie są w takim razie wady? 

Ta wolność potrafi bardzo rozleniwić. Mam cały dzień, więc jadę sobie na 7 godzin na rower, a potem: „O Boże, muszę jeszcze popracować”. Albo coś zawalam. A później jest nagle: „O kurczę, już tak mało czasu” i siedzę do pierwszej w nocy. Fakt, że ja wieczorami działam szybciej niż w ciągu dnia. Ale rzeczywiście jest to minus, że można się rozleniwić niesamowicie i trzeba się bardzo mocno pilnować. A to pranie, a to obiad, a to zrobię sobie przerwę. I nagle jeden tekst robi się taki rozlazły, że się go poprawia cały dzień, a nie przez godzinę.  

Drugi minus to przede wszystkim szukanie zleceń. Nie jest tak jak na etacie – wynagrodzenie wpływa co miesiąc i nieważne, czy robię, czy nie robię, czy mam urlop, czy go nie mam. Tutaj jak nie mam pracy, to nie mam środków na życie. Jak pojadę na urlop i wycinam się na tydzień, to nie zarabiam, więc trzeba wcześniej złapać trochę więcej zleceń, żeby ten miesiąc się spiął.  

Czasem za niektóre zlecenia dostaje się pieniądze 2 miesiące później – bo taka jest umowa, że środki na wypłatę są dopiero po zakończonym procesie wydawniczym. Staram się pilnować, żeby wystawiać fakturę po każdej usłudze, jeżeli robię i redakcję, i korektę. Skończyłam na danym etapie – zamykamy sprzedaż. Bo później się zdarza, że coś wraca do poprawek: „A jeszcze dopisałem 2 zdania, a jeszcze dopisałem stronę, to weź to popraw”. I ja w nieskończoność poprawiam ten sam tekst, za darmo można powiedzieć, i nie zarabiam w tym momencie. 

Najcenniejszą rzeczą jest Twój czas, tak że to jest ważne. 

Czas plus podstawowa sprawa – za coś trzeba przeżyć. 

Mierzą się z tym wszystkie osoby, które zajmują się pracą na freelansie, nie tylko w pracy korektorskiej. W każdym zawodzie są takie wyzwania jak znalezienie klienta, kwestia ustalenia stawek, zastanowienia się, komu chcesz pomagać i co chcesz robić. Więc myślę, że to nie są przywary wyłącznie naszego zawodu.  

Czy wiedząc to, co wiesz w tym momencie, będąc już po kilku miesiącach pracy w pełni na swoim, wróciłabyś na etat? 

Nie. Miałam nawet taką propozycję od znajomego: „Słuchaj, szukają korektora na uczelni, bo ktoś odszedł na emeryturę”, a ja mówię: „Nie, dzięki”. To była oferta w innym mieście, więc to też był dla mnie problem.  

Teraz już nie wyobrażam sobie pracy na etacie. Nie upieram się, że nigdy tak nie będzie, bo życie pokaże. Ale na ten moment, kiedy po 15 latach poczułam możliwość innej pracy, w inny sposób, to stwierdziłam, że dam sobie ten czas i pozwolę sobie pożyć po swojemu. Jeżeli się okaże, że nie będzie tak dobrze, jak mi się wydaje, to zobaczę. Nie zamykam się zupełnie, wolałabym jednak pracować na swoich warunkach. 

Dałaś sobie szansę na coś nowego i rozsmakowałaś się w tym. 

Tak, zdecydowanie, zobaczyłam wiele możliwości. Wiem, jak może być ciężko. Znam wiele osób, które pracują na etacie, a później dorabiają sobie zleceniami i mają wielki problem, żeby to spiąć czasowo. A jeśli ktoś ma rodzinę, to już w ogóle.  

Ja akurat mam ten luksus, że nie mam takich zobowiązań, więc było mi łatwiej skończyć kurs. Miałam po prostu dużo czasu i mogłam przerabiać go w każdym momencie. Wykorzystywałam nawet kolejkę u lekarza – 20 minut – i odpalałam np. webinar. 

Lekcje w Misji #Interpunkcji są króciutkie – to takie pigułeczki wiedzy. Zachęcam na początku, żeby wykorzystywać takie drobne chwile i cały czas drążyć temat, np. czekając, aż zmywarka skończy swój cykl. Zachęcam, żeby cały czas się rozwijać, bo w tym zawodzie jest to konieczne. 

Powiedziałaś wcześniej ciekawą myśl, że nie czułaś się jeszcze gotowa, że potrzebny był Ci jeszcze jeden kurs, jeszcze drugi. Jakie masz więc plany na przyszłość? Czy zamierzasz wykorzystywać to, co już masz, czy chcesz robić nowe kursy? 

Na ten moment wiedza, którą już mam, jest jeszcze tak niepełna, że przede mną dużo nauki, żeby to wchodziło lekko i przyjemnie. Ale myślę, że nowy kurs na razie sobie odpuszczę i zdecydowanie chcę iść w praktykę. Jeżeli poczuję, że faktycznie gdzieś mam braki, to wtedy na coś się zdecyduję. Dużo teraz korzystam z krótkich nagrań, webinarów i rozmów ze specjalistami. 

Jeżeli stwierdzę, że ta branża już mnie tak rozwinęła i że tak dobrze się w niej czuję, że chcę teraz zostać składaczem, to pewnie zacznę się szkolić. Na razie tego nie czuję.  

Ostatnie dwa kursy były naprawdę wielgachne. Śmieję, gdy ktoś pyta: „To ile trwa ten kurs?”. Ja mu na to odpowiadam: „250 stron o przecinku” i podaję liczbę materiałów w centymetrach. 😉 

Widziałam zdjęcie jednej kursantki, która wydrukowała sobie wszystkie wiedzowniki, ćwiczebniki, kluczniki, a nawet prezentacje do lekcji wideo – i wyszła z tego ogromna cegła. 

Ja mam tak z pierwszego kursu. Kiedy zaniosłam to do zbindowania, to facet się ze mnie śmiał: „O, ale lasu”. Tych materiałów jest rzeczywiście bardzo dużo, ale ciągle się je wertuje, ciągle się w nich czegoś szuka. Ja jednak potrzebuję papieru i nawet czytać mi jest łatwiej z papieru niż elektronicznie. 

Niestety, oczy już inaczej pracują, już się męczą. Po 15 latach przed monitorem czuję, niestety, efekty. Wiadomo, jak to wyglądało – człowiek wracał z pracy, otwierał laptop i to czytał, to pisał, to coś tam robił, więc oczy się strasznie męczyły. Ja po prostu wolę papier, wolę przewertować sobie kartki, niż scrollować ekran. Poza tym jestem wzrokowcem i pamiętam, że coś było w danym miejscu, potrafię to odnaleźć. 

Mam tak samo i czasami odpowiadam na pytania w ten sposób: „Wiesz co, była taka chmurka Q&A w wiedzowniku, w lekcji tej i tej, i tam sobie zobacz”. 

Co myślisz o własnej działalności gospodarczej? 

Działalność gospodarcza wiąże się później z dużymi kosztami. Ja na razie nie mam działalności, ale pewnie przyjdzie ten dzień. Oby przyszedł, bo to będzie dobry znak – że się na tyle rozwinęłam. Bałam się do tej pory, że założę działalność i nie będę miała za co jej opłacić. Dlatego szukam ogłoszeń z umową zlecenie – wtedy od takiego zlecenia są odprowadzane wszystkie składki. 

Korzystam z tego dobrodziejstwa, które urząd skarbowy słabo ogarnia, czyli z działalności nierejestrowanej. Działalność nierejestrowana jest jak zwykła działalność, tylko – jak sama nazwa wskazuje – nie trzeba jej rejestrować. Jest limit zarobków, których nie można przekroczyć w miesiącu. Wystawia się faktury. Ja korzystam ze strony, na której tylko wpisuję dane i reszta dzieje się automatycznie. 

Dopóki nie przekroczę limitu i nie uznam, że to już ten moment, to nie będę zakładać działalności. Bo po co mam sobie tworzyć koszty, których nie jestem w stanie udźwignąć, jeżeli mogę rozwiązać to inaczej. 

I unikasz presji. Jeżeli wiesz, że masz co miesiąc zapłacić ZUS, to może blokować. Może sprawić, że będziesz chwytała różne zlecenia, niekoniecznie takie, z którymi chcesz mieć cokolwiek do czynienia, albo takie, które nie dają Ci wystarczającej zapłaty. 

Wtedy bierze się wszystko, a ja określiłam sobie bardzo wąską działkę. Na razie daję sobie czas i zobaczę, co będzie później. Po prostu bałam się tego, że będę łapać wszystko, co się da, żeby tylko móc zarobić, i że się wypalę na starcie, bo będę robić rzeczy, których nie lubię, które mnie męczą, które robię bardzo długo.  

Mam takiego kolegę, który wrzuca mi czasami różne zlecenia: „Słuchaj, napisałabyś mi coś tam”. A mnie nawet w talentach Gallupa wyszło naprawianie, a nie tworzenie. Napisanie tekstu zajmuje mi 3 razy tyle, co sprawdzenie. Nawet strony WWW nie jestem w stanie zbudować, bo mam problem z tym, żeby napisać o sobie. To jest ewidentnie działka, która ma potencjał, ale czuję, że nie jest to do końca moje.  

Ja chciałam pracy, która będzie mi sprawiała frajdę i w której będę robić to, co lubię. Dlatego postanowiłam, że będę działać w tym, w czym się czuję dobrze i co sprawia mi przyjemność, nawet jeżeli zajmuje mi to bardzo dużo czasu. I staram się nie brać zleceń, które będą zapchajdziurą dla pieniędzy. 

Myślę, że obie się podpiszemy pod stwierdzeniem, że jeżeli nie masz stałych klientów i stałych dochodów, to nie zakładaj firmy. Przecież nie musisz mieć firmy, żeby działać. Niech to będzie kolejny krok. Nie utrudniaj sobie życia.  

Kiedy poczułaś, że chcesz się zająć również redakcją, a nie tylko korektą? 

Śmieszne, bo było odwrotnie – najpierw zajmowałam się redakcją, a potem zajęłam się korektą. Byłam kiedyś na warsztatach rozwojowych u mojego kolegi, który jest trenerem mentalnym (pozdrawiam Cię, Jarek). Chciał wysłać uczestnikom swoją ofertę i ja się przeżegnałam, kiedy ją zobaczyłam. Mówię: „Słuchaj, ty tego nie wypuścisz. Ja ci to poprawię, nie możesz tak dać tego ludziom”.  

Sumienie nie pozwalało mi, żeby on to posłał w świat. I tak się zaczęło. Stwierdził: „Ojejku, jak to fajnie teraz wygląda” i później podsyłał mi swoje teksty do poprawy. A że sam przyznaje się do tego, że ma wszystko, co się zaczyna na „dys-” – dysgrafię, dysortografię – to wysyłał mi swoje teksty i było przy nich bardzo dużo pracy. Śmieje się, że praca ze mną mu pomogła, bo po 1,5 roku pisze dużo lepiej. On sam dużo rzeczy zauważa i pyta mnie o wiele kwestii, gdy coś tworzy.  

Więc u mnie zaczęło się od redakcji. Na początku, nie ukrywam, pracowałam za darmo. Poszłam na wolontariat do rozpoczynającej pracę gazety lokalnej w Krakowie. Potem pracowałam online w Warszawie – też za darmo. To była moja nauka. Wiedziałam, że oni zaczynają, ja zaczynam – i na czymś trzeba poćwiczyć. Kiedyś dostałam np. wywiad z transkrypcji, którego kompletnie nie dało się czytać i wymagał bardzo dużej pracy redakcyjnej.  

I dopiero teraz, kiedy dostałam zlecenie w redakcji, robię typową korektę. I mówię: „Kurczę, ale fajnie”. Bałam się tego, bo wydawało mi się, że to jest straszna odpowiedzialność – po korekcie jest już po wszystkim, już nikt po mnie nie poprawia. To taki ostatni dzwon przed wypuszczeniem tekstu w świat. Bałam się i m.in. dlatego zdecydowałam się na Misję #Interpunkcję – żeby nabrać pewności. Okazało się, że korekta też jest ciekawa. Czuję się OK i w jednej, i w drugiej roli. 

Angażujesz zupełnie inne umiejętności w momencie, kiedy czytasz tekst pierwsza po autorze i zajmujesz się redakcją. Masz naprawdę spory wpływ na to, jak ten tekst będzie wyglądał. 

To też odpowiedzialność, żeby sprawdzać rzeczy merytorycznie – np. czy rzeczywiście w 1938 r. dany kraj nazywał się tak, czy może jednak inaczej. 

Albo czy w czerwcu kwitną rododendrony, czy jednak kończą kwitnienie wcześniej. 

Tak, to bardzo duża odpowiedzialność za tekst. Mogę się na czymś nie znać, a ktoś to później przeczyta i stwierdzi: „Co za kretyn to pisał? Jak można takie rzeczy wymyślić? Przecież to jest nieprawda”. To się tyczy np. kwestii historycznych. Ja jestem totalną nogą z historii, więc sprawdzam mnóstwo rzeczy.  

A korekta to takie typowo techniczne sprawdzanie – zwisy, wdowy, błędy składu. 

Widzę, że wiele osób nie wie, czym jest redakcja, a czym korekta. Ktoś prosi Cię o korektę, a okazuje się, że tak naprawdę jesteś proszona o redakcję. Tak że świetnie, jeżeli jedna osoba ma też umiejętność głębszej poprawy całego tekstu – zdań, rytmu – i umie spojrzeć na niego oczami czytelnika i np. zaproponować, aby pewne fragmenty przekazać w postaci tabelki zamiast tekstu.  

Jeśli jakieś zdanie, nawet poprawne, ciągnie się przez 5 wersów i odbiorca go nie zrozumie lub będzie się zastanawiał, co autor miał na myśli, to znaczy, że ktoś zawalił. Prawdopodobnie redaktor, bo nie zasugerował zmian. 

Chyba wyniosłam z korporacji to, że lubię konkrety. Wolę proste zdania niż takie rozwinięte, ozdobnikowe. Bardzo często mówię np.: „Słuchaj, weź to wypunktuj, zrób z tego tabelę, tak żeby to było przejrzyste. Jeśli masz napisać ludziom, co spakować na wyjazd, to nie pisz im tego w zdaniach, tylko to wypunktuj, rysunki zrób”.  

Staram się, żeby tekst był przyjemny w odbiorze. Patrzę na to trochę przez pryzmat samej siebie – jeśli tekst jest strasznie długi, to nie chce mi się go czytać. W takiej sytuacji można jakiś fragment zamienić na grafikę i już jest fajniej. Dlatego ja też czasami wolę zamienić swój tekst na grafikę. Posty o bieganiu bardzo często tworzę w formie komiksu, bo wiem, że to fajnie trafia do odbiorcy. 

Jak w instrukcji z Ikei. Tam jest narysowany ludzik i mamy pokazane, co trzeba zrobić. 

Jakby mi ktoś napisał: „Weź 2 deski o długości 40 cm i śrubkę o średnicy 2 mm i zakręć to śrubokrętem z wykrzywieniem”, to bym się chyba załamała. 😉 

To bardzo ważne, żeby patrzeć na tekst z punktu widzenia czytelnika. 

A co z wątpliwościami początkujących: „Czy sobie poradzę?”? 

Nie ma co się rzucać na głęboką wodę. Można robić tak jak ja – najpierw pracować dla znajomych, popołudniami, żeby zobaczyć, czy to się czuje, czy to się podoba.  

Przerabiając kurs, byłam przerażona: „Boże, na co ja się w ogóle zdecydowałam. Chcę tego, ale tego nie udźwignę”. Później trafiłam na wolontariat i chociaż coś tam robiłam, to nie byłam jeszcze do końca przekonana, czy dam radę. Miałam bardzo wiele wątpliwości, ale robiłam to, tak po prostu. Podobało mi się.  

A potem się okazało, że jednak coś kliknęło: zobaczyłam, że są różne możliwości i w wielu miejscach ta praca jest potrzebna. Nawet takie proste rzeczy – czytamy artykuł u jakiegoś blogera czy poradnik i mówimy sobie: „Kurczę, ja bym to napisała inaczej, to jest tak trudne w odbiorze, można to poprawić”. Albo jest dużo błędów. I można po prostu uderzyć do tej osoby: „Słuchaj, fajne masz teksty, ja bym ci to poprawiła”. 

Albo: „Czy myślałaś o tym, żeby oddać to komuś do korekty?”. Wtedy to nie wytykanie błędów, ale lekka sugestia. 

Poznałam pewną księgową. Kiedy zobaczyłam jej teksty na stronie, powiedziałam: „Masz dużo błędów: przecinki, literówki, błędy w słowach. To jest niechlujnie napisane, a masz taką branżę, że klienci będą cię postrzegać przez pryzmat tego, jak wygląda twoja komunikacja. Pomyślą, że skoro nie zwracasz uwagi na to, że masz literówki i błędy, to co dopiero musi dziać się u ciebie w dokumentach. Nie chodzi o to, że się czepiam. Po prostu patrzę na ciebie jak klient. Kiedy otwieram stronę i widzę, że jest niechlujna, brzydka i jest na niej dużo błędów, to nie idę do takiej firmy”. 

Korektorzy i redaktorzy są bardzo niedocenianą grupą zawodową. Myślę, że wynika to z tego, że jeszcze nie wszyscy twórcy zdają sobie sprawę, że są postrzegani przez pryzmat tego, w jaki sposób piszą albo czego nie dopilnowali w warstwie językowej.  

Sądzę, że coraz więcej osób widzi te błędy i jest bardziej świadomych jako klienci. Jeżeli dostanę ofertę handlową, której po prostu nie da się czytać, to w życiu nie będę pracować z taką osobą, nawet gdyby to była oferta dla mnie.  

To też jest nasza rola jako redaktorów i korektorów, żeby uświadamiać, do czego służy nasza praca – jest nie tylko po to, żeby uniknąć literówki i żeby przecinek stał w dobrym miejscu.  

Jeżeli twórca myśli o swojej działalności biznesowo i przyszłościowo, to musi się komunikować w sposób, który nie pozostawia nic do życzenia, który jest po prostu idealny. Tu nie ma miejsca na literówki.  

Zwłaszcza że teraz bardzo dużo osób pracuje w sieci i tworzy blogi, ofertówki, e-booki, materiały do pracy. „Zapisz się na newsletter, a dostaniesz e-booka” i dostaję później 5 stron jakiegoś drobnego e-booka z ćwiczeniami i na ostatniej stronie mam „podsómowując”. Tak, to prawdziwy przykład… Zdarzają się takie rzeczy, niestety.  

W korporacji też widziałam, jak wysoko postawiony dyrektor w mailu do pracowników popełniał błędy ortograficzne – bolało, ale nie mogłam mu tego powiedzieć. 😉 Miał od tego ludzi, którzy do tego dopuścili.  

Są miejsca, gdzie trzeba na to zwracać uwagę. Wydaje się, że to wszystko jedno, ale klient może się do nas zrazić i już nie wróci. 

To nasza rola, żeby wyjaśniać, do czego to wszystko służy.  

Pamiętam, że zdobyłam w ten sposób jedno zlecenie. Pobrałam prezent za zapis na newsletter i były tam błędy. Poprawiłam to od razu na PDF-ie, dyplomatycznie sformułowałam maila i odesłałam. Ten ktoś mi podziękował i po 2 miesiącach zwrócił się z prośbą o korektę materiałów do kursu online. Tak że nigdy nie bójmy się wychodzenia z inicjatywą, bo to bardzo ważne w poszukiwaniu zleceń. 

Opowiedz, w jaki sposób zdobywasz zlecenia. Wspominałaś o grupach na Facebooku. 

Tak, praktycznie wszystkie zlecenia mam właśnie stamtąd. Wiem też, że na początku bywają zlecenia z polecenia, ale ja tak naprawdę dopiero zaczynam. Właściwie można powiedzieć, że „zawodowo” robię to drugi miesiąc. 😉 

Moja strona jeszcze się buduje i jestem mało medialna – nie mam profilów na Instagramie czy na LinkedInie. Mam tylko Facebooka. Nie miałam go w sumie przez 1,5 roku, bo nie był mi do niczego potrzebny. Teraz natomiast już jest z racji tego, co robię – raz, że szukam zleceń, dwa, że bardzo często są tam zajęcia w grupach kursowych, spotkania i oferty pracy. Prowadzę też fanpage strony zawodów biegowych. Więc siłą rzeczy muszę być, niestety, facebookowa, ale powiedziałam sobie, że nigdzie indziej się nie loguję. 

Z tego, co mówisz, wypływają dwa bardzo ważne wnioski. Po pierwsze – nie musisz mieć strony internetowej, żeby zacząć zarabiać na korekcie. nie musisz zaprzedawać duszy algorytmowi Facebooka czy Instagrama. Lepiej jest wykorzystać te media na swój sposób – jesteś tam, ale nie musisz aktywnie publikować czy spędzać godziny dziennie na wymyślaniu karuzeli. Przeglądasz sobie w grupach na Facebooku ogłoszenia o pracę, dajesz komentarz, kontaktujesz się – i już.  

Piszę bezpośrednio do osoby, która zleca, wysyłam swoją ofertę, 3 slajdy z prezentacji, przykład tekstu, wycinek, który poprawiałam, i to jest wszystko. Bo tak naprawdę w pracy korektora większość osób powie: „Dobrze, to zrób mi próbkę tego tekstu”.  

Do pracy w redakcji nie miałam żadnej rozmowy; ja nawet żadnego naczelnego na oczy nie widziałam: do tej pory nie wiem, jak wygląda. Po prostu korektorki, które szukały kogoś do pomocy, dały mi 4 teksty do poprawy – 2 w Wordzie, 2 na PDF-ach – i to była moja rozmowa wstępna. Nie przekonuję swoim wyglądem, tylko tym, co umiem. Wiadomo, że chemia też jest ważna, podstawą jest jednak to, co potrafię zrobić z tekstem. 

I to jest bardzo ważna myśl. Bo zobacz – czy byłaś pytana o wykształcenie? 

Nie. 

Nie jesteś po polonistyce. Jeśli pojawia się ogłoszenie z takim wymogiem, to po prostu nie wysyłasz swojego CV, bo nie spełniasz tego warunku. Ale jest mnóstwo osób, dla których ważne jest to, co potrafisz. Wystarczy oferta, czyli coś, co możesz zrobić w Canvie lub w PowerPoincie, CV, list motywacyjny, nie musisz mieć strony. Za to dobrze mieć profesjonalnie wyglądający adres mailowy. 

Dopiero kiedy zaczęłam budować stronę, to dowiedziałam się, że nie trzeba jej mieć, żeby go założyć. Można wykupić domenę – ja mam imię i nazwisko – bez strony internetowej. I już brzmi to profesjonalnie. Zlecenia i oferty wysyłam z takiego maila – zupełnie inaczej to wygląda niż maile z Gmaila, z Onetu czy z innych dziwnych portali. 

Z tego, co się orientuję, to roczny koszt domeny wynosi w pierwszym roku około 10 zł. To naprawdę grosze. 

Ja akurat dokupiłam ją do hostingu i kosztowała chyba złotówkę. Można kupić domenę i założyć kilka adresów mailowych dla członków zespołu albo założyć osobny adres dla biura. To nie są jakieś wielkie pieniądze, a bardzo ładnie wygląda. 

Przyszła mi na myśl kolejna sprawa, która może blokować. Bardzo często poświęcamy tygodnie na opracowanie nazwy swojej marki. 

Ja sobie wymyśliłam, że będę mieć w nazwie to „o” z kreską. Przyszło mi to do głowy po tym „podsómowując”. W moim przypadku jest to też fajny żart graficzny, bo nazywam się Dorota Prus, a jak się dołączy do „o” kreskę na górze z prawej, to robi się z tego „d”, a jak na dole z lewej, to powstaje „p”. I to są moje inicjały, więc fajnie mi się to zgrało.  

Stwierdziłam więc, że będę mieć w nazwie po prostu imię i nazwisko. Tych nazw jest bardzo dużo, a chodzi o to, żeby ludzie nas kojarzyli: „Jak się ta dziewczyna nazywa?”, „Dorota Prus”, „Aha, dobra, to sobie wpiszę w wyszukiwarkę”. I na samej górze w wyszukiwarce pojawia się strona pod tym adresem.  

Ale prawda jest taka, że ja też bardzo dużo czasu straciłam na przygotowywanie się. 

Mentalne? 

Chciałam stworzyć stronę i ofertówkę, bo inaczej to ja nic nigdy ludziom nie wyślę, bo przecież nic nie mam. Traciłam na to czas. I któregoś dnia przeczytałam takie piękne zdanie: „Zacznij, zanim będziesz gotowy”. 

Podpisuję się pod nim obiema rękami. 

Mam je teraz u siebie na pulpicie i codziennie na nie patrzę. Bo marnujemy bardzo dużo czasu na przygotowania, a tak naprawdę nic nie zrobiliśmy. 

Skończ patrzeć z perspektywy swoich obaw, tego syndromu oszusta, kiedy wydaje Ci się, że jeszcze nic nie potrafisz, że jeszcze musisz się tyle doszkolić, że przed Tobą jeszcze tyle kursów.  

Zacznij patrzeć z perspektywy klientów, którzy czekają na Twoją usługę. Będzie Ci łatwiej, gdy zaczniesz myśleć o tej drugiej osobie, dla której jesteś rozwiązaniem dzięki swoim talentom i umiejętnościom. Czyli bój się i działaj. 

Kiedy zaczęłam działać i spotykać się z oczekiwaniami klientów, to tak naprawdę wtedy zrozumiałam, co chcę robić, czego nie chcę, a co będę robić inaczej. To współpraca z ludźmi pokazuje, jak powinniśmy ułożyć sobie tę pracę i czego od nas oczekują.  

Nieważne, jak piękne portfolio wyślę. Wystarczy, że klient zobaczy 3 rzeczy – albo to chwyci, albo nie. Jedno zdjęcie, jedna ofertówka, jeden slajd, jedna grafika, jeden kawałek tekstu – to jest wystarczające.  

Wystarczy napisać w treści maila: „Cześć, przeczytałam Twoje ogłoszenie. Robię to, to, to i to. Wysyłam swoje prace. Jeżeli będziesz chciał ze mną współpracować, jestem otwarta”. Dwa zdania, bez tworzenia CV. Nie oszukujmy się, kto teraz czyta CV? Ja swojego w ogóle nie mam. Moje CV to grafika, czyli moje zdjęcie i wypisane, co potrafię robić. Bez dat ani informacji, jaką szkołę skończyłam czy ile lat pracowałam – kogo to interesuje? 

Musimy patrzeć oczami zleceniodawcy. Klientowi zależy na osobie, która jest pewna swoich umiejętności. Ważna jest wiara w siebie i w to, że mimo braków dasz radę. Liczy się umiejętność znalezienia odpowiedzi na pytania, które mogą się pojawić podczas zlecenia. 

Istotne jest też traktowanie klienta jako partnera. To nie jest tak, że Ty musisz go zdobyć i omamić, żeby dał Ci zlecenie. To jest wymiana usług i sytuacja win-win.

Pewność siebie to jedno, ale mam taką sytuację z wczoraj. Wysłałam prezentację, która bardzo mi się podobała, a klientka mówi: „Wywal mi te kolory. Ma być łagodniej”. I w tym momencie ta cała prezentacja się rozwaliła, bo kolory napisów były dobrane pod kolor tła i musiałam zrobić ją praktycznie od nowa. Ale wiem, że to nie mnie ma się podobać, tylko klientowi. Tobie może się wydawać, że czerwony będzie lepiej trafiał, ale ktoś chce zielony, bo jego klienci tak lubią, bo ma taką fanaberię i chce mieć takie barwy. Trzeba na to zwracać uwagę. 

Ja się uczyłam, kiedy zaczęłam wychodzić do innych, nawet nie mając pewności – jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz. To klienci nas uczą, gdzie jeszcze trzeba się doszkolić, gdzie jeszcze trzeba coś poprawić… 

Jesteśmy właśnie po to, żeby wyjść do ludzi, zamiast czekać w tej swojej jaskini i zmagać się ze swoimi mrokami. 

Na początku pracowałam barterowo. Ktoś przygotowywał coś dla mnie, a ja w zamian poprawiałam mu teksty. Tak pracowałam z trenerem mentalnym – miałam z nim godzinę rozmowy rozwojowej, a potem robiłam dla niego redakcję. Takie rozwiązanie wymaga jednak, aby mieć w międzyczasie jakiś dochód. Była to dla mnie ogromna nauka i przez rok uzbierałam trochę tekstów, więc już mogę pokazać, że nie zaczynam od zera. 

Kończymy z wolontariatami, działamy. To ma być dodatkowy dochód i coś przyjemnego, a nie będziesz się czuła dobrze, martwiąc się o dochody. Więc jeżeli ktoś jest na etacie, to niech na nim zostanie, ale niech jednocześnie się uczy i stopniowo doszkala. 

Perspektywy stojące przed osobami, które znają się na korekcie, są bardzo duże. Chociażby w edukacji online – jest mnóstwo kursów, podcastów, transkrypcji, więc pracy wystarczy dla każdego. 

Możesz zrobić próbkę tego, co robisz, i przesłać ją potencjalnym klientom. Liczą się umiejętności, które będziesz w stanie zaprezentować. Kiedyś spotkałam się z dobrą radą dla graficzek – jeżeli nie masz jeszcze portfolio, to stwórz je, robiąc projekty dla samej siebie. 

Ja się tak nauczyłam tworzenia grafik i obsługiwania Canvy – zrobiłam koleżance kartkę na urodziny, zrobiłam też samej sobie kartkę z jakimś fajnym tekstem. To takie proste rzeczy, a już robisz portfolio. 

Napisz sobie byle jaki tekst i po prostu go popraw. Albo niech ktoś Ci go napisze – znajomi, rodzina – i zrób na nim korektę. Nikt nie musi wiedzieć, co to jest i kto jest autorem. 

Zawsze można też wziąć ogólnodostępny tekst, np. jakiś artykuł w gazecie: tam często jest od groma błędów. Mam swoją ulubioną gazetkę osiedlową, w której jest co robić. Zbieram się do tego, żeby wysłać im ofertę współpracy. Polecam zbierać gazetki w sklepach i na osiedlach, bo tam jest duży potencjał. Na zwykłych ulotkach też można świetnie popracować, bo graficznie i stylistycznie jest co robić. Instrukcje obsługi to też dobry pomysł, żeby zbudować portfolio. 

Ja miałam kiedyś w rękach instrukcję do gry, w której zostały uwagi redaktora na zasadzie: „Tutaj wydaje mi się, że trzeba opuścić to słowo albo przeredagować”. Nikt tego na końcu nie przeczytał, nie było korektora. A to duża firma, która produkuje gry. 

Dorota, bardzo Ci dziękuję za rady i podzielenie się swoją pespektywą. Działasz od 2 miesięcy, masz zlecenia, jesteś niezależną kobietą, masz elastyczny grafik.  

Powiedz, gdzie można Cię znaleźć.  

Strona się dopiero tworzy, a w social mediach mnie nie ma, ale adres mailowy jak najbardziej działa: biuro@dorotaprus.pl. 

Jeśli ktoś chce po prostu pogadać, podpytać się o jakieś moje ścieżki czy o pomysły, to jestem otwarta. Przeszłam tę drogę, więc wiem, z czym ktoś może się mierzyć, i mogę pomóc. 

Bardzo się cieszę, bo 1,5 roku temu trafiłam na podobną rozmowę i to sprawiło, że jestem tu, gdzie jestem. Liczę, że będziecie podążać własną drogą, zgodnie ze swoimi wartościami i chęciami. 

Trzymam za Ciebie kciuki.  

Kartka

Czujesz się zaintrygowana kursem korekty tekstów, ale boisz się skoku na głęboką wodę?

Zacznij spokojnie i we własnym tempie.  

Zapisz się na minikurs mailowy poprawnej polszczyzny, aby zrobić pierwszy mały krok. 

Kliknij grafikę poniżej i zapoluj na błędy! 

minikurs poprawnej polszczyzny
Ewa Binda autorka artykułu
Rozmowę przeprowadziła

Ewa Binda

Po wielu latach bycia korektorką i redaktorką zmieniłam ścieżkę kariery i pracuję dziś jako edukatorka. 

Moją misją jest tworzenie kursów i programów, dzięki którym pasjonatki języka – niepewne swoich umiejętności – stają się ekspertkami w poprawianiu tekstów.  

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *.

Tak, chcę otrzymać prezent!

.

Tak, chcę otrzymać prezent! Cokolwiek.

Tak, chcę otrzymać prezent!

.

Chcesz, żeby Twój tekst był zniewalająco obłędny?
Chętnie przygotuję dla ciebie ofertę.