Odbierz swój prezent na dobry start

Ewa Binda i Marta Szaor-Stasiak rozmawiają o zmianie zawodowej po czterdziestce

Zmiana zawodowa po czterdziestce: gdy książki, korekta i redakcja stają się Twoją codziennością

Z tego artykułu dowiesz się m.in.:

• co zrobić, gdy czujesz, że stać Cię na więcej niż to, co oferuje Ci Twoje obecne miejsce pracy;
• jak rozpoznać, że zmęczenie przewidywalnością to sygnał do zmiany, a nie chwilowy kryzys;
• w jaki sposób Marta przestała traktować korektę jako marzenie i włączyła ją do swojej codzienności;
• dlaczego doświadczenie życiowe może okazać się przewagą, a nie przeszkodą;
• co zmienia się w życiu, gdy przestajesz udowadniać swoją wartość i zaczynasz świadomie wybierać własny kierunek.

„Nie wyobrażam sobie robić tego samego przez kolejnych 20 lat” – ta jedna myśl doprowadziła Martę Szaor-Stasiak do decyzji o zmianie zawodowej.

Bo to nie jest tak, że jeśli skończyłaś czterdzieści lat, z ekscytujących wydarzeń czeka Cię już tylko wizyta u nowego lekarza.

Z miłośniczki czytania i amatorki tropienia błędów Marta stała się profesjonalną redaktorką i korektorką, która dziś prowadzi własną działalność i stopniowo zapełnia półki książkami ze swoim nazwiskiem w stopce redakcyjnej.

W tej rozmowie Marta opowiada o tym, jak zbudowała dla siebie nową codzienność zawodową – i jak dzięki temu może teraz działać na własnych zasadach.

Spinacz biurowy

Co z tej rozmowy warto zabrać dla siebie?

  • Zmiana zawodowa jest efektem pierwszej decyzji, a nie perfekcyjnego planu – kolejne etapy naturalnie następują po sobie.
  • Dojrzałość zawodowa może być Twoją przewagą – nie zaczynasz „od zera”, tylko z całym swoim doświadczeniem.
  • Stawianie granic jest możliwe także wtedy, gdy stawiasz pierwsze kroki w nowym zawodzie.
  • Relacje z klientami buduje się nie przez obniżanie ceny, lecz przez jakość komunikacji i konsekwencję.

Wersja do oglądania

Wersja do czytania

Świetnie, że zaglądasz do mojej rozmowy z Martą Szaor-Stasiak, absolwentką czwartej edycji Słownej Agentki.

Marta, możesz stanowić inspirację dla innych kobiet planujących zmianę zawodową.

Czy w ogóle zaplanowałaś swoją zmianę? Jak to się wydarzyło?

To się wydarzyło przypadkiem, chociaż szukałam już nowej ścieżki. Po czterdziestych urodzinach i uświadomieniu sobie, że dzieci zaraz wyfruną z gniazda, chciałam znaleźć coś, co przyniesie mi takie moje szczęście, żebym mogła dalej się spełniać i rozwijać. Trochę odchorowywałam to, że po czterdziestce to już koniec – wszystko, co miało mnie spotkać, to mnie spotkało. Kaplica.

Zawsze bardzo lubiłam czytać książki: wręcz je połykałam i zawsze były dla mnie najlepszym prezentem. Zaoszczędzone pieniądze wydawałam tylko na nie. Nie potrzebowałam kosmetyków, ciuchów – tylko książek.

Lubiłam robić sobie taki challenge, że zobaczę, czy znajdę jakiś błąd w książce. No i zwykle znajdowałam. Czasami to były typowe literówki – myślę, że wszyscy kojarzą korektorki z szukaniem literówek. Po dołączeniu do Słownej Agentki następuje jednak zderzenie z rzeczywistością, bo się okazuje, że te literówki to – umówmy się – naprawdę mały pikuś w tej całej pracy. Zdarzały się też błędy w fabule, np. przekręcone imię bohatera, i znalezienie tego zawsze dawało mi satysfakcję.

I właśnie kiedy czytałam książkę, a potem scrollowałam sobie Facebooka, wyskoczył mi Twój profil i zaproszenie do bezpłatnego kursu wstępnego przed Słowną Agentką.

Spontanicznie się zapisałam, nikomu nic nie mówiąc – to był mój sekret. Później zdradziłam go tylko mojej siostrze, która zawsze bardzo mnie wspiera. Oczywiście Ola przyjęła to z ogromnym entuzjazmem: wiedziała, że ja ciągle czytam.

Spotkanie z Tobą było tak przyjemne, miłe i inspirujące, że stwierdziłam, że po prostu muszę, bo się uduszę. Wbrew pozorom te emocje przejawiły się nie w wielkim szczęściu, tylko w tym, że się rozpłakałam – i to tak, że mąż myślał, że coś się stało. Powiedziałam mu, że muszę iść na ten kurs, bo to cudowne i tego szukałam.

Już wtedy padło zdanie, które później powtarzałaś bardzo często: „Bój się i działaj”. I to ze mną zostało. Strasznie się bałam, bo roczny kurs to prawie jak studia podyplomowe – jakby nie było, to ogromne wyzwanie. Znałam siebie i wiedziałam, że jeżeli w to wejdę, to będę chciała doprowadzić do końca nie tylko sam kurs, ale również zdać egzamin i uzyskać certyfikat. Wiedziałam, że tak to będzie wyglądało, ale z drugiej strony miałam poukładane życie rodzinne, dzieciaki, i zastanawiałam się, czy dam radę.

Nie ukrywam, że zastanawiałam się nad tym również z perspektywy finansowej: zwykle mam zaplanowany budżet i nie stwierdzam spontanicznie, że wydam sobie kilka tysięcy na kurs. Ale zrobiłam to.

Z jednej z pierwszych lekcji pamiętam plakat, który masz za sobą. Jest na nim napis: „Jestem korektorką”. I tak sobie pomyślałam: „Tak, będę korektorką, zrobię to”.

Działałam bardzo skrupulatnie, z notatkami, przyzwyczajałam się też do nauki na komputerze. Zawsze byłam za wersją papierową, ale w czasie kursu zauważyłam, że korektę czy redakcję robisz zwykle na komputerze. I pomyślałam, że jeżeli mam to robić, to muszę się do tego przekonać. Więc wszędzie chodziłam z laptopem, co było w sumie wygodne, bo jak mi przeszkadzali w jednym pomieszczeniu, to wychodziłam do drugiego i mogłam się uczyć.

Rodzina wiedziała, że się uczę. Różnie bywało, ale wprowadziłam w życie Twoją złotą radę – rozdziel obowiązki. Trochę bolało, ale zrobiłam to i bardzo się cieszę.

Jestem w zupełnie innym miejscu niż te dwa lata temu. W ogóle mi ta czterdziestka niestraszna, bo mam jeszcze dużo do zrobienia.

Mogłoby się wydawać, że w pewnym momencie mamy ustabilizowane życie prywatne i zawodowe – i właściwie już nic nas nie czeka. No, może wizyta u lekarza, ale nic ekscytującego. 😉

Cieszę się, że Twoja siostra podeszła do Twojego pomysłu z takim entuzjazmem – wiem, że tego rodzaju inwestycje mogą budzić obawy u osób z naszego otoczenia.

Mimo wszystko to Twoja decyzja była najważniejsza – żeby nie tylko się zapisać, bo od zapisania nikomu jeszcze nie zmieniła się ścieżka zawodowa, lecz także wejść w to całą sobą.

Jaka główna myśl przyświecała Ci w momencie podejmowania decyzji?

Chciałam się rozwijać. Nie chciałam osiąść w domu i obserwować swojego życia z boku. Chciałam wziąć sprawy w swoje ręce, czuć sprawczość, że mogę jeszcze o siebie zawalczyć.

W różnych firmach, w których pracowałam, zawsze bardzo ceniłam energię i relacje z ludźmi. Chciałam w końcu stworzyć taki swój świat zawodowy, który będzie na moich warunkach.

Na początku wydawało się to mało realne, bo podkreślałaś, że nie musimy być zupą pomidorową i nie musimy pracować z każdym. Wtedy nie do końca w to wierzyłam, ale teraz to widzę.

Mam ogromne szczęście do ludzi, ale też już sobie nie umniejszam. Jestem na takim etapie, że wiem, że energie się przyciągają. Jeżeli dobrze mi się z kimś pracuje, to znaczy, że jemu też dobrze pracuje się ze mną. Dwa lata temu bym Ci tego nie powiedziała; powiedziałabym raczej, że „Miałam szczęście” albo że „Tak mi się udało”.

Walczę o to, żeby to była współpraca, a nie podległość. Super, że autor napisał książkę, ale bez sztabu ludzi, których musi sobie dobrać, tak naprawdę nic nie zrobi z tym tekstem. Albo zrobi, ale będzie mu trudniej. My bez autorów też nie funkcjonujemy, tak że staram się, żeby to była współpraca, i staram się pracować z tak myślącymi ludźmi.

Cieszę się, kiedy klienci wracają. Po pierwszej współpracy odzywają się, mówią, że planują drugą czy kolejną część i że nie wyobrażają sobie pracy w innym zespole. To jest największa nagroda. I książki z dedykacją, które dostaję, i moje nazwisko na stronie redakcyjnej. Zawsze mam uśmiech od ucha do ucha.

Ja też się uśmiecham, kiedy widzę Twoje posty w mediach społecznościowych: otwierasz książkę i ją pokazujesz. To niesamowite patrzeć na tę wymianę – z jednej strony są Twoje umiejętności i wrażliwość, a z drugiej strony autor, który jako twórca dzieła tak wiele zyskuje dzięki Twojej pomocy.

Kiedy weszłaś do Słownej Agentki, słuchałaś różnych rzeczy i przyjmowałaś je do wiadomości, ale niekoniecznie w nie wierzyłaś.

Co sprawiło, że nastąpił u Ciebie przełom? Jak to wszystko zaczęło się materializować w Twoim życiu?

Troszkę do tego dorastałam; długo nawet nie mówiłam otoczeniu, że jestem w Słownej Agentce i coś planuję. Trochę nie chciałam zapeszać, a trochę nie chciałam, żeby powiedzieli, że mi odbiło. Ale tak sobie pomyślałam: „To jest moje”. Uczę się, robię quizy, zaliczam je.

Ale w końcu powiedziałam o tym koleżance, która kończyła studia podyplomowe. I ona do mnie mówi, że ma pracę do napisania i czy chciałabym się nią zająć. Oczywiście mój wewnętrzny krytyk powiedział, że no gdzie, absolutnie jeszcze nie. Ale podjęłam się tego i okazało się, że promotor był zadowolony. Nie było zastrzeżeń do formatowania. Zrobiłam tę redakcję i pomyślałam, że pierwszy krok za mną.

Miałam też w głowie to, co pewnie większość dziewczyn ma na starcie: że teraz muszę się wykazać, muszę na razie pracować za darmo i robić te wszystkie zlecenia, żeby zbudować portfolio. Ale ta praca dyplomowa była jedynym zleceniem, które zrobiłam za darmo – i tylko dlatego, że była dla mojej koleżanki i wiedziałam, że chcę w ten sposób poćwiczyć.

Od tego czasu nie pracuję za darmo. Ktoś czasem chce ponegocjować, czyli zakładam, że gdzieś tam był ktoś tańszy; trochę mi szkoda osób, które pracują za symboliczne stawki – nie tędy droga. Jak się nie wycenimy, to nikt nas nie doceni. To nasza praca i robimy ją najlepiej, jak potrafimy. Często daję z siebie więcej: nie ograniczam się np. tylko do redakcji czy tylko do korekty. Staram się prowadzić autora.

Współpracuję też z Izą, jedną ze Słownych Agentek – to jest ogromna wartość dodana tego programu, że się poznałyśmy i zaprzyjaźniłyśmy. Spotykamy się, tworzymy zespół. Jeżeli ja robię redakcję, to Iza robi korektę; jeżeli Iza robi redakcję, to ja robię korektę.

Tworzymy grupy z naszymi autorami i nawiązuje się między nami relacja. Nie ograniczamy się tylko do zakresu, na jaki się umówiłyśmy – że robię korektę tekstu i na tym moja praca się kończy. Pomagamy autorowi znaleźć grafika lub składacza, czasem wybrać okładkę. Budujemy relacje i to jest dla mnie ogromnie ważne. Nawet kiedy książki są już wydane, to autorzy piszą nam, że mieli spotkania autorskie, że byli tu czy tam. I to jest super, naprawdę.

Ta relacja jest podtrzymywana nawet po zakończeniu współpracy?

Tak, a wydawałoby się, że projekt jest skończony, prawda?

To, że klienci do Ciebie wracają, to kwestia lojalności i też prawdopodobnie tego, że jeżeli ktoś raz napisał książkę, to zapewne będzie chciał napisać drugą i trzecią. Więc jakość naszej obsługi to coś, co pomaga w budowaniu lojalności wśród klientów.

Twoje pierwsze zlecenie – nieważne czy było płatne, czy bezpłatne – pochodziło od kogoś, kogo dobrze znasz. I to wielokrotnie powtarza się w życiu agentek – klienci są bliżej, niż mogłoby się wydawać.

Oczywiście praca za darmo może być elementem strategii na początku, żeby ugruntować swoją pewność siebie, ale docelowo – jeżeli myślimy poważnie o tym zawodzie – wymagany jest profesjonalny pierwiastek, który, chcąc nie chcąc, przejawia się w naszych stawkach. Osoby, które grają ceną, nie pozostaną długo w zawodzie. To kwestia naszej długofalowej wizji.

Jakie było Twoje kolejne zlecenie?

Odezwała się do mnie na Facebooku pani, która tak naprawdę szukała copywritingu, ale trafiła do mnie. To było drobniutkie zlecenie i się go podjęłam, bo stwierdziłam, że sobie poradzę. To nie była stricte redakcja ani korekta; pani prosiła o przygotowanie biznesowego maila z ofertą. Ta klientka wróciła do mnie już wielokrotnie, później z korektą oferty szkoły językowej. Współpraca nawiązała się przez mój profil na Facebooku.

Kolejne zlecenia to już były książki. Tu z kolei dzięki Twojej kursantce Izie Smug trafiłam do autorki, która wydaje kilka książek w roku. Iza już z nią współpracowała i szukały korektorki. Zrobiłam króciutką próbkę, bo ta dziewczyna chciała mnie sprawdzić.

Wypracowałyśmy sobie schemat pracy: robimy korektę w Wordzie, a nie na PDF-ie, chociaż utarło się, że to PDF jest miejscem na korektę. Tak więc my robimy ją w pliku tekstowym, a w PDF-ie już tylko korektę techniczną. To nam się zdecydowanie lepiej sprawdza.

Świetnie, że tak to ułożyłyście, aby wychwycić jak najwięcej w pliku tekstowym i żeby korekta poskładowa – która oczywiście musi się odbyć – polegała już tylko na wyłapywaniu drobnych błędów.

Dzięki temu mamy też większy luz we wprowadzeniu zmian. Czasami na etapie korekty też trzeba poszaleć. Wiadomo, że nie tak jak przy redakcji, ale mamy luz. Zawsze proponujemy autorom, żeby iść naszym schematem. Bez względu na to, jaki jest układ na stronie redakcyjnej, czyli która z nas robi redakcję, a która korektę.

To super, że oferujecie kompleksową usługę: od redakcji po korektę, i to korektę wykonaną w taki sposób, żeby grafik DTP miał jak najmniej pracy. To też pokazuje, że możemy być partnerkami dla naszych klientów, dla naszych autorów.

Gdy czasem wspominałam, że chcę prowadzić „ciepły” biznes, a nie taki typowy, zerojedynkowy, to słyszałam, że się nie uda. Że w biznesie trzeba ostro, nie można być miękkim. A mnie jest właśnie dobrze z tym, że jestem taka nie za ostra. Kiedy trzeba, to tupnę nóżką i powiem: „Halo, autorze! Od spraw językowych to tutaj jestem ja. Jeśli nie chcesz zmieniać opisu wydarzeń, to te kwestie zostaw mnie”. Bo już spotkałam się kiedyś z tym, że autor stwierdził: „Ale ten przecinek to jest chyba w niewłaściwym miejscu”. A to był przecinek zamykający wtrącenie. Tłumaczę wtedy autorowi w prostych słowach, dlaczego tak jest, bo wiem, że ten przecinek musi tu być. W takich momentach zdarza się, że postawię na swoim, bo firmuję tekst swoim nazwiskiem. Nie chciałabym pozwolić wejść sobie na głowę, ale bardzo cenię te relacje i to ciepło wynikające ze współpracy.

Podpisujesz się swoim imieniem i nazwiskiem i jesteś odpowiedzialna za kwestie językowe, a jednocześnie prowadzisz klienta: pokazujesz mu pewne zasady językowe tak, żeby je zrozumiał.

Ja też bardzo nie lubię momentów, kiedy czegoś nie rozumiem, i oczekuję, że ktoś w miarę możliwości mi to wyjaśni.

Ja wiem lepiej, więc mnie posłuchaj – nikt z nas tego nie lubi. Ale musimy pilnować zasad.

Tak, chodzi o wyznaczanie granic.

W czym obecnie w Twoim życiu korektorsko-redaktorskim przejawia się Twoja miękkość?

Właśnie w tym, że szukam partnera w biznesie; nie stawiam siebie niżej od autora, ale też się nie wywyższam.

Uważam, że jesteśmy drużyną. Autor ma tekst, który potrzebuje oprawy, a ja chcę mu w tym pomóc. Zawsze staram się, jeżeli mogę, zrobić więcej. Jeżeli autor szuka kogoś, kto mu poprowadzi media społecznościowe, to mu poszukam, bo mam kogo się o to zapytać. Jeśli potrzebuje kogoś, kto mu nagra audiobook, to też poszukam. Nie ograniczam się tylko do pracy z tekstem. Staram się przeprowadzić autora przez cały proces wydawniczy z myślą, że spełnia swoje marzenia, ale też z nadzieją, że wróci, bo jesteśmy drużyną.

To przypomina mi czytanie w myślach i wchodzenie do głowy naszych klientów: jesteśmy poniekąd wróżkami. Uprzedzasz pewne pytania, bo prawdopodobnie jesteś już w stanie, mając doświadczenie, pokierować autora, zasugerować mu pewne rzeczy.

Jak się czujesz jako wróżka, która czaruje z tekstami?

Czuję się cudownie i mam już swoją półeczkę na książki ze swoim nazwiskiem. Na początku nieśmiało składowałam je na komodzie, ale w końcu mąż mówi do mnie, że już chyba czas, bo za chwilę spadną nam z tej komody. I pyta: „Półeczka czy od razu biblioteczka?”. No i oczywiście mój krytyk wewnętrzny mówi, że na razie półeczka. Ale to jest już taka porządna półka. Są na niej wszystkie moje skarby, z których się cieszę, i napawa mnie to ogromną radością. W każdej książce mam dedykację, w każdej mam jakieś ciepłe słowo.

Uwierzyłam w to, że robię to dobrze, i lubię to robić. Kiedy siadam do książki, to siadam do historii, a nie do pracy.

Czyli sprawdza się u Ciebie ta myśl, że jeżeli kochasz swoją pracę, to nie przepracujesz ani jednego dnia?

Sprawdza się w stu procentach.

Żeby wejść do tej branży, potrzeba pewnego wysiłku i zaangażowania się; z pewnością istnieją profesje, do których można wejść szybciej i łatwiej. Jak przeszłaś przez ten okres nauki i przygotowywania się do zawodu?

Bardzo systematycznie się uczyłam. Byłam pod wrażeniem ogromu wiedzy, nie tylko językowej, i ogromu ekspertów, których zaprosiłaś do Słownej Agentki. Dziewczyny od Canvy sprawiły, że uwierzyłam, że też dam radę. A ogarniam i uczę się teraz rolek.

I jeszcze ogromna praca Emilii Wojciechowskiej, dzięki której człowiek zaczyna w siebie wierzyć.

Natomiast interpunkcja i walka z przecinkiem – ten wielki moduł – przeczołgały mnie tak, że zastanawiałam się, gdzie jest wyjście ewakuacyjne. Myślałam, że ogarniam i pamiętam ze szkoły wykresy zdań, ale nie – kurs pokazał mi, że jeszcze trochę trzeba się pouczyć tego przecinka.

Cieszę się, że nie wyskoczyłaś przez to wyjście ewakuacyjne. Znalazłaś w sobie głos, który mówił, żeby się nie poddawać.

Przecież mnie przecinek nie pokona!

Tworzysz zespół i macie pod opieką różnych autorów. Być może wcześniej byłaś w trybie nieśmiałości i w trybie syndromu oszusta. A w jakim trybie jesteś teraz?

Cały czas jestem głodna pracy i głodna sukcesu. Już myślę, co dalej, w którym pójść kierunku. Po skończeniu Słownej Agentki wydawało mi się, że kolejnym krokiem będzie kurs składu, bo chciałam działać kontekstowo, ale chyba jednak nie. Chyba ten proces wydawniczy, kontakt z ludźmi i tworzenie niesamowitych historii wygrywają. Chodzi mi gdzieś po głowie własne wydawnictwo, wspólnie z Izą. Tak że zobaczymy, co czas przyniesie. Nie chcemy się zatrzymywać, chcemy nadal tworzyć i rozwijać się w tym kierunku.

Miałaś okazję skosztować różnych rzeczy – począwszy od korekty pracy dyplomowej, gdzie miałaś do zrobienia różne rzeczy edytorskie, np. marginesy do ustawienia, wyglądy stylów.

Później kwestia konstruowania tekstu; cudownym talentem i świetnym bagażem – wręcz skarbem – było to, że od dziecka uwielbiałaś czytanie i tropiłaś błędy.

Po tym wszystkim wiesz już, że skład Cię nie do końca pociąga, ale za to redakcja i korekta – tak. I może jeszcze rzeczy związane z marketingiem, skoro myślisz o własnym wydawnictwie.

To pokazuje, że poprzez tę pracę możemy poznać siebie i swoje pragnienia – będąc już w środku, w oderwaniu od lekcji na platformie kursowej. Teraz to wszystko stanowi Twoje życie.

Myślę, że ludzie często nie zdają sobie sprawy z tego, że tak naprawdę większość tekstów wymaga redakcji. I to nie tylko kwestia książek; pracowałam też nad tablicami informacyjnymi, które mają powstać w wiosce na terenie poniemieckim i na których jest opisana historia tej wioski. Robiłam też korektę gry miejskiej pisanej wierszem. Kojarzymy zawód korektora z książką czy z gazetą, a tak naprawdę my pracujemy na bardzo wielu tekstach.

Ja kiedyś otrzymałam propozycję zaopiekowania się newsletterem firmowym wysyłanym w korporacji do pracowników. Można powiedzieć, że to tekst wewnętrzny, coś, co nie jest publikowane szerzej, więc po co korekta. To kwestia potrzeb.

I świadomości. Dzisiaj zaczynam pracę nad poradnikiem ogrodniczym, który nie jest jakiś długi czy skomplikowany. Będzie skierowany do szkół i też by się wydawało, że można odpuścić sobie korektę. A jednak dziewczyny, które go tworzą, mają tę świadomość i chciałyby, żeby ktoś profesjonalnie na to spojrzał i pomógł im to sprawdzić.

Czy masz jakieś ukochane zlecenie albo ukochane dzieło, nad którym pracowałaś?

Myślę, że to jeszcze przede mną, nie chciałabym się tak zamykać. Wiadomo natomiast, że miałam też takie bliższe sercu zlecenie. Zrobiłam redakcję książki o pilocie Su-22. Moi domowi mężczyźni – mąż i syn – są pasjonatami lotnictwa i zawsze rodzinnie jeździliśmy na pikniki i pokazy lotnicze. Bardzo cieszyłam się na to zlecenie i na poznanie Tomka – autora i pilota samolotu. Powiem szczerze, że to było wyzwanie, bo często przewijała się terminologia lotnicza, ale na szczęście miałam wsparcie w domu. Moi chłopcy byli pod ręką, więc pytałam ich: „Halo, co się z tymi klapami dzieje? A z tymi statecznikami?”. Zanim wysłałam pytanie do autora, starałam się znaleźć rozwiązanie w domu i tłumaczyli mi to na modelach. To było bardzo bliskie mojemu sercu. Ten tekst był bardzo fajnie odebrany przez mojego męża i syna; mieli przyjemność być beta-czytelnikami tej książki. Prosiłam, żeby dali znać, jeśli gdzieś wytropią jakąś nieszczęsną literówkę, ale mogli też po prostu zapoznać się z tą historią. To była naprawdę rewelacyjna przygoda i wiem, że autor planuje drugą część, więc na nią czekam.

Przyleci do Ciebie.

Myślę, że tak.

Jako redaktorki nie zajmujemy się tylko warstwą językową, lecz także warstwą merytoryczną. To może przejawiać się w ten sposób, że czujesz, że coś nie gra, masz wątpliwości. Świetnie, jeśli możesz zasięgnąć opinii osób, które znają się na danym temacie. Ty miałaś te osoby w domu, chociaż oczywiście zakładam, że to przede wszystkim autor jest tu autorytetem.

Oczywiście. I dodawałam w tekście komentarze do autora z pytaniami, czy dobrze coś rozumiem. Bo nawet po redakcji i zmianie jakiegoś zdania zawsze zostawiałam komentarz z pytaniem, czy o to tutaj chodziło, czy nadal ma to sens, czy ten samolot się teraz nie rozbije.

Ile czasu upłynęło od momentu, kiedy śmielej weszłaś na rynek?

Można przyjąć luty tego roku jako moment, kiedy powiedziałam sobie, że w to idę. Na początku pracowałam na działalności nierejestrowanej, czyli zostawiałam sobie ten bufor, żeby jeszcze nie iść w koszty, ZUS i te wszystkie rzeczy, które nas przerażają.

Etap działalności nierejestrowanej był jednak króciutki, ponieważ zobaczyłam, że w ten sposób sama sabotuję swoje działania. Nie szukałam zleceń, nie przeglądałam ofert, bo bałam się, że przekroczę limit, i stwierdzałam, że już nie mogę.

I tu znowu wraca moja siostra, która powiedziała: „Halo, stop! Co to znaczy, że już nie szukasz zleceń, bo masz tyle, że przekroczysz limit? No jeżeli przekraczasz, to trzeba założyć działalność. I już”.

No i wtedy oczywiście znowu odezwał się krytyk wewnętrzny: „Jak będę musiała założyć działalność, to będzie ZUS, podatek, opłata księgowego”. A ona mówi: „Ty się teraz blokujesz. Masz stałe zlecenia i zaczynasz się denerwować, że już wystarczy. No nie idziemy w tym kierunku”. No i tak – prowadzę działalność gospodarczą. Te ZUS-y nie są takie straszne. 😉 Tak naprawdę w ogóle tego nie odczuwam i nie mam już w sobie tej blokady. Ale dodam, że był jeszcze drugi impuls do założenia firmy – autorka, która chciała mieć fakturę z działalności gospodarczej, a nie z nierejestrowanej.

W pewnym momencie taki kaftan może nas ograniczać, ale dobrze jest wiedzieć na początku, że nie musimy rozpoczynać od razu od swojej działalności. Są pewne etapy dojrzewania do firmy. A skoro powiedziałaś, że jesteś głodna sukcesu, to nie widzę Cię w innym miejscu.

Twoja siostra to taki dobry duszek, który w odpowiednich momentach Cię dopinguje. Może czasami potrzebujemy kogoś z boku, żeby mocniej rozdmuchał tę naszą wewnętrzną iskrę?

Tak, czasem dmuchnął, a czasem kopnął w cztery litery, ale po to, żeby nas zmotywować. Czasem potrzebny jest taki impuls z zewnątrz. Moja siostra zawsze się pojawia w odpowiednim momencie. Zaznaczę, że to jest siostra młodsza o dziesięć lat, ale od dawna na własnej działalności. Tak że dokładnie wie, o czym mówi. W ten sposób oprócz tego, że jestem redaktorką i korektorką, to jestem też przedsiębiorczynią, i strasznie mi z tym dobrze.

To jeszcze ustalmy kontekst czasowy – ten rozbieg zajął Ci mniej więcej dziesięć miesięcy?

Powiem szczerze, że już w wakacje ledwo wyrabiałam się z pracą, więc ten rozbieg trwał jakieś cztery miesiące. To był krótki pas startowy – używając terminologii lotniczej – ale poszło fajnie i nie chcę się zatrzymywać.

Jaka najważniejsza rzecz doprowadziła do tego, że jesteś w miejscu, w którym jesteś teraz: prowadzisz własną działalność, myślisz o założeniu wydawnictwa, masz lojalnych klientów i tworzysz zespół?

Najważniejsze było to, żeby się odważyć i zrobić pierwszy krok. Wszystkie kolejne kroki były następstwem tego pierwszego – czyli tego, że zapisałam się do Słownej Agentki i zaangażowałam się w naukę na sto procent, odważnie i z otwartym umysłem.

Dopuściłam do siebie wszystkie te słowa, które wcześniej podświadomie wypierałam – że mogę, że się uda, że mogę dyktować warunki, że mogę zrobić to po swojemu. A później popłynęłam z tym nurtem i każdy kolejny sukces dodawał mi skrzydeł.

I to się dzieje nadal, a ja się na to nie zamykam. Oczywiście przyjmuję do wiadomości, że pewnie jak spojrzę teraz na teksty, które robiłam w lutym, to może bym zrobiła je teraz inaczej. Myślę, że będzie tak i za pięć, i za dziesięć lat, bo jestem świadoma tego, że cały czas się uczymy, cały czas się rozwijamy. Ale zrobiłam je najlepiej, jak potrafiłam, zgodnie ze sztuką, a to, że teraz bym je zmieniła, nie znaczy, że były złe. Były po prostu inne. Teraz mam też inne doświadczenia, nawet te życiowe.

Moja wiara w siebie pozwala mi odważniej działać w książkach. Pamiętam, jak kiedyś mówiłaś, że ulubionym narzędziem korektora jest nóż. Wtedy nie do końca to rozumiałam, a teraz już wiem, o co chodzi, i teraz już ciacham. I pewnie za jakiś czas będę jeszcze bardziej ciachać, żeby tekst był jak najlepszy.

Najważniejsze było to, że trafiłam do Słownej Agentki. Powtarzam do znudzenia, że energie ludzi się przyciągają, a Twoja energia i spokój sprawiły, że chciałam być w tym programie i doprowadzić go do końca.

I teraz spotykamy się prawie dwa lata później. To niesamowite, jak ten czas zleciał i w jak innym miejscu znajduję się życiowo i mentalnie. Widać, że się zmieniłam, choć nadal uczę się asertywności. Stawiam granice (a przynajmniej próbuję) i coraz lepiej mi to wychodzi. Ćwiczę na mężu. 😉

Chodzi o odwagę, żeby ruszyć pierwszą kostkę domina. Żeby w ogóle wejść na tę drogę i zobaczyć, co jest dla nas możliwe.

Gratuluję Ci wszystkich działań i decyzji. Począwszy od tej najważniejszej, która Cię wprowadziła w ruch, bo później każdy kolejny krok był podyktowany Twoimi działaniami. Świetnie słyszeć, że masz apetyt na więcej, i życzę Ci, żeby ten głód został zaspokojony.

Powiedz, gdzie można Cię znaleźć.

Moja firma nazywa się Słowo Klucz i po wpisaniu w wyszukiwarkę „Marta Szaor-Stasiak” wyskoczy moje konto na Facebooku, ale ruszam też z Instagramem. Myślę, że na razie to tyle, choć słyszę, że teraz TikTok jest na topie, może kiedyś. Widzisz tę zmianę we mnie? Ja nie mówię, że nie. Po prostu: nie teraz.

Nie zamykasz sobie drzwi.

Nie, w końcu nazwa mojej firmy to Słowa Klucz.

Słowa były dla Ciebie kluczem do nowego etapu życia – po czterdziestce nie położyłaś się na kanapie.

Trochę siadłam na tej kanapie, ale szybciutko wstałam i już teraz nie mam czasu na niej siedzieć. Teraz się spełniam.

Spełniasz się i budujesz biblioteczkę za kanapą. Bardzo Ci tego gratuluję.

Dziękuję, do usłyszenia.

Kartka

Ewa Binda autorka artykułu
Rozmowę przeprowadziła

Ewa Binda

Nazywam się Ewa Binda. W swoim życiu sprawdziłam miliony znaków ze spacjami, mimo że moja droga zawodowa nie była oczywista – z wykształcenia jestem japonistką.
W programie mentoringowym Słowna Agentka towarzyszę kobietom, które chcą potraktować swoją miłość do książek poważnie i sprawdzić, czy może stać się dla nich realnym kierunkiem zawodowym – niezależnie od wieku i wcześniejszej ścieżki.

Masz czterdzieści lat – albo zbliżasz się do tego momentu – i czujesz, że zawodowo nie powiedziałaś jeszcze ostatniego słowa?
W programie mentoringowym Słowna Agentka pokażę Ci, jak potraktować tę dojrzałość jako zasób i przekuć ją w realną pracę z tekstami.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *.

Tak, chcę otrzymać prezent!

.

Tak, chcę otrzymać prezent! Cokolwiek.

Tak, chcę otrzymać prezent!

.

Chcesz, żeby Twój tekst był zniewalająco obłędny?
Chętnie przygotuję dla ciebie ofertę.