Zdjęcie Ewy

Kto tu dowodzi?

Imię:

Ewa

Nazwisko:

Binda

Wykształcenie:

Absolwentka japonistyki. Moja droga zawodowa jest dość nieoczywista, ale gdy „zrobiłam” swoją pierwszą książkę, nie chciałam już przestać.

Waga:

Proszę o inny zestaw pytań.

Funkcja:

Słowna Agentka do Z(a)dań Specjalnych. Zapewniam, że po kontakcie ze mną nie będziesz ani wstrząśnięty, ani zmieszany.

Misja:

Tropię i unieszkodliwiam błędy językowe, które czają się w różnych niespodziewanych miejscach i próbują przemknąć ukradkiem w książkach, magazynach i na blogach.

Choć mam łagodne serce, działam bez ogródek – namierzam je moim laserowym wzrokiem, a potem jednym kliknięciem myszki przenoszę w niebyt.

Działam tak, żeby nie zostawiać śladów ani ofiar – na podium zostaje ON: bezbłędny tekst.

To, co robię, można by określić jako „korekta tekstów”, „redakcja” i „copywriting” – ale moja misja sięga znacznie głębiej. Chcę, żebyś Ty także został Słownym Agentem i olśniewał bezbłędną polszczyzną.

Doświadczenie

W branży wydawniczej działam od 14 lat. Przez 5 lat na etacie jako redaktorka – w wydawnictwie Park i w Wydawnictwie Szkolnym PWN – a później pod pseudonimem Centrum Korekty.

Cały czas czytam, szperam w słownikach i wygładzam słowa.

Jak to się wszystko zaczęło

Muszę Ci coś wyznać. Nie od zawsze pracowałam jako korektorka.

Powiem więcej: nie jestem polonistką.

Właściwie o mojej drodze zawodowej zadecydował kompletny przypadek…

Pochłaniaczka książek

Tak – od dzieciństwa kochałam książki i chyba nie było żadnej lektury, którą bym pominęła: dzielnie przebrnęłam nawet przez sławetne opisy przyrody w „Nad Niemnem”, a postać Jagny tak mnie zaintrygowała, że z własnej woli przeczytałam wszystkie tomy „Chłopów”,
zamiast poprzestać na pierwszym.
Ewa chowająca się za zieloną książką
Pamiętam, jak w siódmej klasie wzięłam udział w międzyszkolnym konkursie ortograficznym i dowiedziałam się, że przymiotnik „ponaddwudziestoletni” należy zapisywać łącznie… (tak, wiem, to szokująca informacja). Rok później wystartowałam nawet w olimpiadzie z polskiego, ale niestety pomyliłam synonimy z antonimami – i o dalszym etapie mogłam tylko pomarzyć.
No więc dlaczego jestem w tym miejscu i jak się to stało, że od 14 lat tropię językowe usterki i rzeźbię bezbłędnie obłędne teksty?

Kiedy wybierałam kierunek studiów, rozważałam różne opcje – polonistyka też pojawiła się wśród typów, ale ostatecznie zdecydowałam się na inną „-istykę”: chciałam poznawać Daleki Wschód i dlatego postawiłam na filologię japońską.
Egzaminy wstępne na studia (oj tak, w dawnych czasach nie wystarczył tylko wynik z matury i trzeba było się jeszcze napocić na osobnym egzaminie) były trudne, ale wszystko ułożyło się po mojej myśli. A sama japonistyka okazała się strzałem w dziesiątkę.

Uwaga na krowę

Z perspektywy czasu widzę, że pewne nawyki ze studiów świetnie się sprawdzają w mojej obecnej pracy. W końcu japońskie znaki różnią się od siebie czasami tylko jedną kreseczką – trzeba być naprawdę czujnym, żeby niechcący nie pomylić np. krowy (牛) z rokiem (年).

Ale wtedy nie miałam jeszcze pojęcia, że zamiast pracy w ambasadzie czeka mnie zupełnie inna kariera.

W międzyczasie wyjechałam na roczne stypendium do Osaki – to był rok pełen podróży i – jak możesz się domyślić – kulinarnych doznań (czy Ty też uwielbiasz sushi? Moim top #1 jest unagi, czyli węgorz – wszystko przez słodki sos kabayaki, który tak rozkosznie rozpływa się w ustach…).

Potem ślub, obrona pracy magisterskiej i poszukiwania pierwszej pracy.

Fabryka wzywa

Wydawało mi się całkiem naturalne, że skoro skończyłam japonistykę, moja praca MUSI mieć z tym związek.

Tłumaczenie literatury japońskiej? Oprowadzanie japońskich turystów po Krakowie? Praca w ambasadzie? Nie – rzeczywistość okazała się dużo bardziej prozaiczna.
Sushi z sosem sojowym
Wyglądało na to, że mam do wyboru:
a) pracę w firmie motoryzacyjnej, która ma kontakty handlowe z Japonią;
b) założenie fartucha i zostanie sushi masterem.

I właśnie w ten sposób znalazłam się na stażu w dziale jakości producenta systemów hamulcowych, a potem wyjechałam na kilka miesięcy do fabryki Sharpa pod Toruniem, gdzie pracowałam jako tłumacz ustny (weź pod uwagę, że mieszkam w Bielsku-Białej, więc w odległości jakichś 434 km od tego zakładu, no i byłam wtedy młodą mężatką).

Spoglądałam na taśmę, po której sunęły ekrany plazmowe, w kombinezonie od stóp do głów (aby broń Boże nie zapaskudzić ekranów jakimiś paprochami).

To się nie mogło udać

Stanęłam pod ścianą: mogłam albo szukać na siłę jakiejś firmy bliżej domu, albo spakować walizki i ruszyć w świat. Ale cała moja rodzina mieszkała właśnie tutaj. Nie chciałam wyjeżdżać.

Musiałam wymyślić coś innego. Zerwać z przywiązaniem do ukutej kilka lat wcześniej wizji siebie jako japonistki.

Bo jak się możesz domyślić, praca w fabryce to nie był szczyt moich marzeń.

O wszystkim zadecydowało ogłoszenie w gazecie

Gdy je przeczytałam, poczułam się jak Jack na widok Rose (na szczęście przy okazji nie musiał zatonąć żaden Titanic).

Pewne bielskie wydawnictwo szukało asystentki redaktora naczelnego.

Poszłam za głosem mojego humanistycznego serca i wysłałam zgłoszenie.

Przez 5 kolejnych lat pracowałam na etacie i szlifowałam swoje tajne językowe moce, a od 2012 r. działam na własny rachunek, niosąc redakcyjną pomoc wszystkim potrzebującym.

[kurtyna – oklaski – łezka w oku]

Statystyki

1 lat
doświadczenia
0
zredagowane książki i czasopisma
1
poprawione arkusze wydawnicze

Im już pomogłam

Wybrani klienci