odbierz prezent powitalny

Wywiad Ewy Bindy z Sylwią Dziemińską

Własna działalność korektorska. Czy to się opłaca?

Z tego artykułu dowiesz się m.in.:

• co warto zrobić przed założeniem własnej działalności;
• jak wykorzystać swoje pozajęzykowe doświadczenie do zbudowania stabilnego biznesu, w którym poczujesz się bezpiecznie;
• czy korekta tekstu to zawsze praca w pojedynkę;
• jakie skutki niesie ze sobą podwyższenie stawek.

Sylwia Dziemińska opowie Ci dzisiaj, jak to się stało, że przeszła od wykonywania zleceń dla znajomych do pełnowymiarowej pracy jako korektorka, korepetytorka i copywriterka. Zdradzi też, jak kurs korekty tekstu pomógł jej w założeniu agencji literackiej.
Zajrzyj do wywiadu, aby zaczerpnąć inspiracji do działania!

Spinacz biurowy

Lista najważniejszych wniosków na przyszłość

  • Bój się i działaj to świetne motto dla każdej początkującej korektorki.
  • Strach ma wielkie oczy, a założenie działalności nie jest decyzją, od której nie ma odwrotu.
  • Zaakceptuj to, że będziesz popełniać błędy, i traktuj je jako element rozwoju.
  • Podejmuj świadome decyzje dotyczące tego, z kim chcesz pracować – nie musisz się godzić na współprace, które Ci nie odpowiadają.

Przed Tobą: 

  • wideo – jeżeli chcesz obejrzeć rozmowę; 
  • artykuł – jeżeli wolisz czytanie. 

Wersja do oglądania

Wersja do czytania

Ewa Binda: Cześć, moim i Waszym gościem jest dzisiaj Sylwia Dziemińska, czyli redaktorka, copywriterka i korepetytorka. Łączy wiele różnych funkcji, ale wszystkie są związane z językiem, i to z językiem polskim.  

Sylwia Dziemińska: Cześć, Ewo. Dziękuję bardzo za zaproszenie. 

Stanowisz wspaniały przykład możliwości, które czekają na nas, jeżeli postanowimy iść za głosem serca. Powiedz, w jakim punkcie w życiu jesteś teraz i czym się zajmujesz na co dzień. 

Poszłam za głosem serca i mocno się tego trzymam. Prowadzę działalność gospodarczą literalnie złożoną z kodów, które są moimi marzeniami z dzieciństwa. Chciałam być nauczycielką – udzielam korepetycji z języka polskiego. Chciałam pracować z tekstami – jestem redaktorką. Chciałam tworzyć treści – zaczynam jako copywriterka i próbuję swoich sił w pisaniu książki.  

Mam kolejne marzenia i się nie zatrzymuję. Od niedawna zaczęła funkcjonować agencja literacka, którą tworzę z przyjaciółkami. Cały czas staram się rozwijać, więc można mnie znaleźć w internecie jako @korekta_przy_kawie_sylwia_d@wydawnicze.wiedźmy

Czy konto @korekta_przy_kawie to był Twój początek jako korektorki? 

Tak, wszystko zaczęło się dokładnie rok temu. Stwierdziłam, że chcę robić redakcje, bo od dawna zajmowałam się korektą i poprawą tekstów. Już w podstawówce poprawiałam wypracowania kolegom i koleżankom i wiedziałam, że to lubię.  

Potem trafiłam na wolontariat, gdzie zaczęłam od pracy z dzieckiem, a następnie znalazłam się w pionie wsparcia. Był to dział opisów w Akademii Przyszłości, gdzie moim zadaniem było poprawianie tekstów. Jeszcze bardziej utwierdzałam się w tym, że to lubię.  

Do tego pracowałam na etacie w restauracji, ale zaczął mnie on męczyć i uwierać. Pewnego pięknego dnia stałam sobie za barem i stwierdziłam, że zakładam firmę. Poszłam na piętro do biura mojej szefowej i powiedziałam: „Proszę pani, ja za miesiąc chcę skończyć pracę, bo zakładam firmę”. No i nie było wyjścia, musiałam to zrobić. 🙂 

Dojrzewało to we mnie od dłuższego czasu, ale wiedziałam, że dopóki czegoś nie zrobię, to nic się samo nie zacznie. W międzyczasie zapisałam się na Twój program mentoringowy Słowna Agentka, który zaczynał się akurat wtedy, kiedy chciałam przejść z etatu na działalność. Wiedziałam, że jakoś sobie poradzę i że jak nie teraz, to kiedy. I po prostu to zrobiłam. 

„Jakoś sobie poradzę” – to myśl, która napędzała Cię do działania. Dla wielu osób etat jest czymś wymarzonym, bo kojarzy się z bezpieczeństwem i pewną kasą na koncie co miesiąc. Ty postąpiłaś jednak na przekór. 

Powiedz, co Cię tak męczyło w etacie, i przybliż nam, na czym polegała praca w Akademii Przyszłości. 

Kiedy zaczęła się pandemia, szukałam dla siebie jakiegoś zastosowania, bo wiadomo – restauracja stanęła, a ja przeszłam na pracę zdalną. Rozglądałam się za wolontariatem, żeby pomagać innym i czuć, że działam dla lokalnej społeczności. Chciałam mieć poczucie wspólnoty ze wszystkimi ludźmi, którzy bali się o własne życie, o własny dom, o własny status materialny. I znalazłam Akademię Przyszłości, w której zaczęłam pracować z dzieckiem. 

Już podczas wdrażania na stanowisko usłyszałam, że jest tam tzw. pion opisów, gdzie sprawdza się różne dokumenty i treści tworzone przez wolontariuszy. Pomyślałam: „Kolejna praca z tekstem? Przypadek? Nie sądzę”. 🙂 Po roku, gdy nawarstwiła mi się jeszcze obrona, więcej godzin w pracy i nie mogłam już systematycznie pracować z dzieckiem, zgłosiłam się do tego pionu. Zostałam przyjęta; jestem tam już od 3 lat i prowadzę własny zespół jako koordynatorka.  

To był ważny bodziec, który utwierdził mnie w tym, że to jest coś, co chcę robić. Najpierw wypracowania, potem prace dyplomowe koleżanek, w końcu wolontariat. Zaczęłam myśleć, że to jest moje przeznaczenie i coś, czego podświadomie szukam. To dlaczego by nie uczynić tego swoją pracą? Stwierdziłam, że tak właśnie zrobię. 🙂 

Poszłaś w to, bo poczułaś, że to Cię woła, i od dzieciństwa było to Twoje marzenie.  

Udzielasz też korepetycji z języka polskiego. Czy to się wiąże z Twoim wykształceniem? 

Jestem po pedagogice, więc udzielanie korepetycji jakoś się z tym wiąże, ale na studia magisterskie wybrałam etykę mediacji i negocjacji oraz filozofię. Przerobiłam wielu twórców i wiele idei, a teraz w dużej mierze korzystam z tego na korepetycjach. Mam przykładowo ucznia z szóstej klasy, który bardzo się interesuje – uwaga – Immanuelem Kantem. 

O, to chyba dla Ciebie wymarzony uczeń. 

Wiedza z filozofii bardzo mi się przydaje, aby go prowadzić i motywować także w gramatyce. Tak więc w większości wykorzystuję swoje wykształcenie, chociaż polonistką nie jestem. Dzięki materiałom z Twojego kursu jestem jednak w stanie w bardzo przystępny sposób przedstawiać gramatykę i przygotowuję własne ćwiczenia, które są zrozumiałe dla uczniów.  

Epoki to było coś, co mnie od zawsze interesowało, no ale błagam, która korektorka nie cieszy się na okazję przeczytania większej liczby książek? Jestem w swoim żywiole, ucząc polskiego. 

Teraz już rozumiem, że jesteś w Akademii Przyszłości, bo nacisk jest tam położony na pracę z dziećmi, a przy okazji wykorzystujesz wykształcenie pedagogiczne i filozoficzne.  

Pokazałaś piękną rzecz – nie musisz być po polonistyce, żeby zajmować się zawodowo tekstami. I to nie tylko po godzinach, w ramach wolontariatów, tylko idąc na całość i zakładając własną działalność.  

Czy na początku próbowałaś działalności nierejestrowej? 

Kiedy poprawiałam prace dyplomowe, zaczęłam właśnie od działalności nierejestrowej, bo chciałam się z tego rozliczać i być fair. Myślałam o działalności gospodarczej, ale najzwyczajniej w świecie się bałam, bo to niesie konkretne zobowiązania, np. ZUS, który co prawda na początku jest mały, ale jest tylko zaproszeniem do płacenia coraz większych kwot. No i nie zwalnia nikogo z konieczności płacenia czynszu, kupowania jedzenia czy zaspokajania innych niezbędnych potrzeb życiowych. 

Pomogła mi rozmowa z księgową. Stwierdziłam, że ja się na tym w ogóle nie znam i nie będę udawać, że coś wiem, skoro nie wiem. Lęk trzeba troszkę oswoić. Umówiłam się na konsultację i upewniłam się, że co prawda pojawią się koszty, ale jak najbardziej mogę temu podołać, bo jestem dobra w tym, co robię, i mam już klientów na start. Działał mi wtedy marketing szeptany.  

A poza tym działalność gospodarcza to nie jest zobowiązanie na całe życie, bo jeśli się czuje, że nie wychodzi, to można ją zawiesić albo zamknąć. Będzie to kolejny punkt na liście doświadczeń i zawsze można wrócić na etat. To nie jest droga bez powrotu. Można spróbować i kontynuować, jeśli się spodoba, albo poszukać szczęścia gdzie indziej. Uzbrojona w tę myśl założyłam więc działalność. 

Pięknie to podsumowałaś. Nigdy się nie dowiesz, czy coś działa, jeżeli nie spróbujesz. A Ty zakładałaś firmę z głową: udałaś się najpierw na spotkanie z księgową, która Ci wszystko wyjaśniła, więc to nie był skok w coś zupełnie nieznanego. Oswoiłaś tę sytuację i wiedziałaś, że to nie jest raz na zawsze.  

Wspomniałaś o marketingu szeptanym. Rozumiem, że wcześniejsze działania podejmowane jako korektorka sprawiły, że miałaś powracających klientów, a z poleceń trafiały do Ciebie kolejne osoby? 

Pewnie, że tak. Przy pracach dyplomowych szło mi najłatwiej, bo byłam wtedy na etacie w restauracji, gdzie pracowali głównie studenci. Poprawiłam jedną pracę, rozniosło się, trafiło się kilka innych zleceń.  

Na początku towarzyszyły mi syndrom oszusta, niepewność i brak wiedzy. Pracowałam albo za przysłowiową butelkę wina, albo za niewielkie kwoty. Pomogły mi wtedy koleżanki, które powiedziały: „Ty to robisz świetnie; ceń się za to, i to porządnie”. Poszłam za ich radami i zaczęłam się cenić. Okazało się, że to wcale nie zmniejszyło zainteresowania moimi usługami, więc byłam z siebie dumna.  

Co jeszcze poczułaś, kiedy podniosłaś stawki? 

Ogromnie się bałam i stresowałam. Kiedy napisałam swoją pierwszą ofertę, to sprawdziłam, że cena za arkusz jest OK, może przejść. Kiedy jednak policzyłam dokładną liczbę znaków i końcową kwotę za pracę magisterską, to pomyślałam: „Kurde, jak ja to wyślę? Przecież to nie wypada, to jest za duża stawka”. 

Mimo to wysłałam ofertę, ale byłam na tyle roztropna, że załączyłam też próbkę swojej pracy, żeby mój potencjalny klient wiedział, za co płaci. Klientka przyznała mi się, że na początku faktycznie zrobiła wielkie oczy, ale potem spojrzała na próbkę i stwierdziła, że warto. To było satysfakcjonujące.  

Ja nagle nie przestałam się bać. W trakcie wysyłania oferty bardzo się stresowałam, ale wiedziałam, że jak tego nie zrobię, to będę tylko siedzieć i pracować za marne grosze przez resztę życia i poniżej własnej wartości. 

Pokazałaś w ten sposób, że są klienci na nasze usługi i płacący takie kwoty, jakich oczekujemy. To nie jest tak, że wszyscy poszukują wykonawców za jak najniższe stawki. Wiem jednak, że panuje takie przekonanie finansowe. Zdarza się też, że to my projektujemy na naszych klientów swoje oczekiwania albo ograniczenia finansowe, bo przykładowo ja bym tyle za coś nie zapłaciła.  

Chodzi o to, że wychodzimy z punktu widzenia osoby, która potrafi robić redakcję i korektę. Osoba po drugiej stronie nie jest jednak w stanie sama tego ogarnąć, dlatego stanowi to dla niej konkretną wartość.  

Powiedziałaś świetną rzecz – że wysłałaś ofertę do studentki. A przecież może się wydawać, że to grupa klientów, którzy mają bardzo ograniczony budżet. Okazuje się jednak, że jeżeli klient dostrzeże wartość naszej pracy, to jest w stanie za nią zapłacić. 

Zanim trafiłam na wymarzonych klientów, którzy cenią moją pracę, zdarzały się osoby, które mówiły, że moja stawka jest za wysoka, że one tyle nie zapłacą. Albo zdarzały się takie prośby: „Po co tu jakieś słowa zmieniać, tu tylko przecinki, tego nawet za bardzo czytać nie musisz”. Na szczęście obejrzałam w Twoim kursie lekcje o komunikacji z klientami i nauczyłam się po prostu brać oddech, dawać konstruktywny feedback, wyjaśniać klientom, za co płacą, i nie godzić się na robienie czegoś połowicznie. Jeśli już mam się pod czymś podpisać jako korektorka – nawet jeśli nie ma strony redakcyjnej, tak jak w pracach dyplomowych – to chcę, aby to było zrobione dobrze.  

Musiałam się nauczyć, że zawsze będą pojawiać się ludzie, dla których stawka będzie za wysoka i którzy – czy to z nieświadomości, czy to z ignorancji – będą sprowadzać naszą pracę do czegoś mniej wartościowego. To może wspierać nasze hamujące przekonania, ale trzeba nad tym pracować. Za tymi klientami mogą znaleźć się tacy, o których marzymy. 

A jak nauczyłaś się reagować na głosy: „Pani Sylwio, chyba pani zwariowała, ja tyle nie zapłacę”. Jak odpowiadasz na takie wiadomości? Czy starasz się tłumaczyć, czy po prostu informujesz, że się rozstajecie, i życzysz takiej osobie powodzenia? 

Nauczyłam się na błędach. Podczas jednego z pierwszych zleceń przestraszyłam się i zrobiłam redakcję za dużo niższą cenę. Zapamiętałam, jak się potem z tym czułam, więc wiedziałam, że już nie chcę tak postępować.  

Z czasem zauważyłam, że pojawiają się dwa typy reakcji. Pierwsza to kiedy klient mówi: „To za dużo. O co tu chodzi?”, a za tym kryje się jego niewiedza na temat tego, na czym polega redakcja, a na czym korekta. Wspomagam się wtedy próbką i staram się edukować takich klientów. Mówię, jak dokładnie wygląda moja praca i ile czasu potrzebuję, żeby poprawić jeden arkusz wydawniczy. To ważne zwłaszcza przy dyplomówkach, gdzie są przypisy, bibliografia i czasami dziesiątki stron wytycznych. Z takim klientem albo rozstajemy się w zgodzie, albo odchodzi on ze świadomością, jak wygląda redakcja i korekta. A czasami wraca za jakiś czas. 

Druga reakcja to postawa roszczeniowa, która zdarza się, niestety. Zawsze odpisuję na takie zapytania, bo staram się być kulturalna; daję wtedy znać, że dziękuję za propozycję, ale że nie podejmę się współpracy. 

Pięknie powiedziałaś, że czasami kiedy godzimy się na czyjeś warunki, to sprawia, że nie czujemy się dobrze same ze sobą. Wspomniałaś, że niektórzy klienci wracali. Czy przemyśleli sprawę, czy może zrobili głębszy research? 

Czasami było tak, że przemyśleli sprawę, czasami było tak, że wysłali pracę do promotora… Dostali feedback i wracali z prośbą o pomoc w zredagowaniu, w sformatowaniu, bo np. jakiś obrazek zakotwiczył się nie tak, jak trzeba, albo przy 40 rysunkach jest napis „wykres” zamiast „rycina”, albo trzeba jeszcze zrobić aneks. Wtedy właśnie pojawiała się refleksja – kiedy ktoś stawał przed perspektywą zrobienia tego samodzielnie. 

Niektórzy klienci nie są świadomi, na czym polega nasza praca i jak bardzo jest czasochłonna. Nie wiedzą, że korekta to coś o wiele szerszego niż poprawianie przecinków i literówek.  

Powiem z doświadczenia, że literówki zdarzają się stosunkowo rzadko, za to zawsze jest dużo błędów interpunkcyjnych i edytorskich po składzie. Jakie są Twoje wrażenia? 

Literówki też się zdarzają, ale najczęściej takie, których autokorekta nie wychwytuje – np. wpada słowo, które różni się jedną literą od tego, które rzeczywiście powinno być zastosowane. Takie typowe literówki raczej się nie pojawiają – chyba że w wypracowaniach dzieci. Więc kiedy znajduję jakąś w tekstach od studentów lub w beletrystyce, to się do siebie uśmiecham. 🙂 

To taki prosty do wytropienia błąd, bo wystarczy uważnie czytać, ale to też jest sztuka i nie każdy to potrafi. Poza tym nasi klienci nie mają dystansu do swojego tekstu i przez to trudno im zauważyć własne błędy. 

Nie tylko naszym klientom, ale nawet nam – zawodowcom. Przez to ciąży na nas presja – puszcza się jakiś tekst w social mediach albo pisze się wiadomość do klienta i myśli: „Czy ja tam czegoś nie walnęłam? Jakiejś literówki? Co to będzie?”. 

Ja zawsze czytam wszystko dwa razy. Korzystam też z narzędzia LanguageTool, które jest w stanie wyłapać takie głupie błędy. Można zainstalować je jako bezpłatną wtyczkę do przeglądarki. Pamiętajmy jednak, że ostatecznie to my decydujemy, jak coś zapisać, a programy do autokorekty jedynie nas w tym wspomagają. 

Podjęłaś świadomą decyzję: „Nie pracuję z każdym”. Powiedz, co musiałaś odpuścić, kiedy to postanowiłaś i na dodatek podniosłaś stawki? 

Odpadło mi wtedy kilka zleceń, to naturalne. Musiałam więcej czasu poświęcić na marketing, więc założyłam konto w social mediach. Wiedziałam, że skoro idę w kierunku marki premium, to ta marka musi być bardziej zauważalna, żeby znalazła się dla niej nisza.  

Spędzam teraz więcej czasu na nauce działania na Instagramie i już widzę efekty, np. mail: „Dzień dobry, pani Sylwio, znalazłam panią na Facebooku…”. Social media zdecydowanie warto rozwijać.  

Odpuściłam część swojej wizji, że będę tylko siedzieć i poprawiać teksty, a zlecenia będą same do mnie spływać. Olśniło mnie, że do klientów trzeba wyjść. Uważam to za coś bardzo dobrego, bo to świetnie wpływa na rozwój. Prawda jest taka, że albo uczysz się robić coś samodzielnie, albo coś zlecasz. Ta myśl to kolejny krok naprzód. Odpuściłam więc część swojej początkowej naiwności, że wszystko będzie się działo samo z siebie. 

To taka romantyczna wizja, że siedzisz sobie pod kocykiem i coś tam skreślasz na kartkach czerwonym długopisem. W rzeczywistości pojawia się dodatkowo marketing i sprzedaż. Na przykład prowadzimy w mailach rozmowy sprzedażowe.  

Czy Twój kontakt z klientem też odbywa się poprzez wiadomości? 

Na szczęście tak. Jako introwertyczce bardzo mi to odpowiada, ale ostatnio nauczyłam się też prowadzić konsultacje wideo. Kiedy jestem na etapie, że klient rozważa ofertę albo już ją przyjął, zapraszam go na rozmowę o szczegółach, bo wtedy może mnie zobaczyć, poznać i przekonać się, że jestem człowiekiem, a nie jakimś botem od poprawiania. Mogę też usłyszeć wtedy wiele ciekawych rzeczy, które pomogą mi w zleceniu.  

Jasne, klient dostaje bardziej lub mniej szczegółowy brief, ale po rozmowie i podsumowaniu wytycznych często dowiaduję się czegoś nowego, co znacznie ułatwia mi potem działanie. Na przykład przy pracach dyplomowych wiem, czy tekst był już u promotora, czy jeszcze nie. Zdarzało mi się, że pracowałam zgodnie z grubym plikiem wytycznych, a potem student wysyłał pracę do promotora i dostawał komentarz: „A ja jednak wolę inaczej”. 

Czy wypracowałaś sobie jakąś procedurę w sytuacji, kiedy wykonałaś już swoją pracę, ale okazuje się, że nie z Twojej winy trzeba coś zrobić na nowo? 

To zależy. Małe zmiany typu „zmień wcięcia” albo inny sposób wyróżnienia traktuję jako rewizję. Zawsze zawieram w ofercie 3 rewizje lub drobne zmiany. Jeśli muszę przestawiać akapity lub jeśli student coś dopisuje, to zazwyczaj doliczam to do ceny początkowej, ale na preferencyjnych warunkach. Nie jest to wtedy takie bolesne dla studenckiego portfela. 😉 

Fajnie, że to powiedziałaś, bo czasami coś wychodzi w praniu. Coś, o czym nie miałyśmy pojęcia na etapie wyceny i tworzenia oferty. Zamiast zagryzać wtedy zęby, możemy renegocjować warunki umowy.  

Miałaś też dobry pomysł, żeby spotykać się z klientami online. W kroku dwunastym Słownej Agentki mówię o tym, jak ważne jest nawiązywanie relacji. Jesteś w stanie bliżej poznać drugą osobę, a ona – Ciebie. Pewne rzeczy można szybciej i trafniej przekazać podczas rozmowy.  

Co więcej, wtedy klient staje się bardziej otwarty. Często spotykam się z tym, że klient boi się tego, że jako korektorka czy redaktorka będę oceniać go po jego błędach: tu są jakieś sierotki, tu błędy, tu powtórzenia. Klient martwi się o to, co pomyślę o jego intelekcie. 

Podczas rozmowy mogę naprawdę pokazać, że jestem tu od pracy nad tekstem, a nie od oceniania. Moi obecni klienci zajmują się beletrystyką i czasami piszą tak świetne książki, że muszę cofać się co kilka stron, bo przypominam sobie: „Ja mam redakcję robić, a nie czytać i dawać się porwać akcji”.  

Dowiaduję się też ciekawych rzeczy z dyplomówek, np. o zarządzaniu, broni strzeleckiej, archiwistyce. Często są to teksty świetne merytorycznie, ale autorzy boją się, że będą oceniani i zdewaluowani przez to, że widzę błędy w ich pracach. Tak nie jest, bo najważniejsze jest to, co ci autorzy przekazują. Od tego, żeby to było poprawne, ładne i gotowe do druku, jestem ja, bo to ja się na tym znam. 

Świetnie, że potrafisz przekazać to klientom, zwłaszcza na początku współpracy lub kiedy masz do czynienia z kimś, z kim pracujesz po raz pierwszy. Dzięki temu ta osoba będzie świadoma, że nie ma tu miejsca na ocenę ani na krytykę. 

Jestem pewna, że w swoich komentarzach potrafisz empatycznie zaproponować lub uzasadnić jakieś zmiany. Pracujesz nad tekstem, a nie nad człowiekiem, i chodzi o to, żeby przekaz udało się wyrazić jak najlepiej, za pomocą jak najlepszych słów.  

Powiedziałaś, że masz pod swoją opieką teksty z bardzo różnych dziedzin. To znaczy, że cały czas się rozwijasz. 

Uwielbiam to w swojej pracy. Miałam pod opieką prace z chemii medycznej, psychologii, zarządzania, bezpieczeństwa wewnętrznego, archiwistyki, inżynierii środowiska. Wiadomo, że takie prace wymagają ode mnie więcej, bo siedzę wtedy w słownikach, konsultuję się z ekspertami w danych dziedzinach. Nie chcę zgrywać jakiejś wszechwiedzącej, żeby nie zaszkodzić klientowi. I to jest dla mnie wysiłek wart podjęcia, ponieważ wtedy ja sama uczę się wielu ciekawych rzeczy. 

To jest piękne, że rozwijasz swoją wiedzę poprzez pracę związaną pozornie tylko z językiem. Ale tak jak powiedziałaś, polega ona na kontaktach z klientami i ekspertami zewnętrznymi, więc to mimo wszystko również praca zespołowa. Chociaż większość działań odbywa się w zaciszu domowym, to jednak następuje też wymiana myśli, koncepcji, weryfikacja, rewizje.  

Wróć teraz pamięcią do momentu dotarcia do swojego pierwszego klienta. To on do Ciebie przyszedł, czy to Ty wyciągnęłaś do niego rękę? 

Byłam w na tyle uprzywilejowanej sytuacji, że to klientka do mnie przyszła po poprawę pracy dyplomowej. To było jakiś czas po tym, jak zrobiłam już kilka zleceń za butelkę wina albo inne podobne gifty. Zgłosiła się do mnie moja koleżanka i powiedziała: „Chcę, żebyś sprawdziła mi pracę dyplomową. Ale, uwaga, chcę to zrobić jako klientka. Zrób mi wycenę i będziemy dalej o tym rozmawiać”. 

Miałam ogromne szczęście i było to dla mnie bodźcem, żeby oznajmić: „Hejka, zajmuję się korektą”. Nie miałam jeszcze żadnych opinii, dopiero zaczynałam je zbierać.  

Ogłosiłam się na jakiejś grupie studenckiej i zaczęły pojawiać się zapytania. Wiadomo, że nie z każdym, kto napisał, podjęłam współpracę. Klientami staje się chyba około 20 procent osób, z którymi się koresponduje. Ale najważniejsze, że coś się ruszyło.  

Kluczowe jest wychodzenie do ludzi i mówienie o tym, że się działa jako korektorka. Na początku nie trzeba zakładać strony internetowej. Ja dopiero teraz przy okazji działań w ramach agencji literackiej pomyślałam o tym na poważnie. I uwaga! Do pokazania oferty wykorzystałam darmowy landing page z Canvy, o którym wspominasz w swoim programie. 

To świetny start i właśnie o to chodzi – żeby klient mógł zobaczyć, co oferujesz. 

Najpierw maksimum, na jakie mogłam się zdobyć, to było napisanie na grupie, że zajmuję się korektą. I na początek takie coś też może wystarczyć. 

Nie trzeba zaczynać od strony internetowej, nie trzeba mieć wybujałych zasięgów w mediach społecznościowych – chociaż powiedziałaś, że zwracasz na to uwagę i wgryzasz się w temat Instagrama. I tak zauważyłaś efekty – ktoś znalazł Cię na Facebooku i wysłał zapytanie. To znak, że po drugiej stronie są osoby chętne do współpracy. 

Na przykładzie Twojej pierwszej płacącej klientki możesz stwierdzić, że są też osoby gotowe w normalny sposób rozliczyć się z Tobą za to, co dajesz. To nie jest tak, że ludzie oczekują czegoś za darmo.  

Przyznam z własnego doświadczenia, że kiedy czegoś potrzebuję, to jest dla mnie oczywiste, że za to zapłacę. Głupio bym się czuła jako klientka, gdybym miała dostać coś za darmo. Być może Twoja koleżanka też miała poczucie, że przecież to jest normalna transakcja handlowa – Ty coś jej dajesz, a ona odwdzięcza się za to pieniędzmi.  

W momencie zakładania firmy miałaś już stałych klientów i wiedziałaś, jak możesz ich pozyskiwać. Prace na studiach są tworzone cyklicznie, co roku przychodzą nowi studenci, więc wiedziałaś mniej więcej, na co możesz liczyć. Wiele osób obawia się tych początków. Mimo niższej składki ZUS, trzeba jednak ponosić pewne koszty. Jak sobie z tym poradziłaś? 

Moją główną obawą było to, że prace dyplomowe to jednak zajęcie sezonowe. Sezon trwa co prawda dosyć długo, bo studenci bronią się w różnym czasie – od czerwca nawet do listopada. Jak w takiej sytuacji poradzić sobie z liczbami? 

Noc przed spotkaniem z księgową, podczas którego miałam założyć działalność gospodarczą, mój syndrom oszusta wszedł na najwyższe obroty: „Ty nie dasz rady, ty to odwołaj”. I właśnie w momencie kiedy byłam nakręcona, że nie dam sobie rady, i chciałam zrezygnować, przyszła pozytywna odpowiedź na moje zgłoszenie, o którym zdążyłam już zapomnieć. Szukali kogoś do stałej współpracy copywriterskiej. Chodziło o teksty związane z gastronomią, więc było to coś, co robiłam przez 7 lat. Zgłosiłam się, bo wiedziałam, że się w tym odnajdę.  

Odwołam się tutaj do Twojego modułu ze Słownej Agentki „Zaoferuj coś więcej niż korektę”. Wiedziałam, że w razie czego chcę mieć plan B, bo do stałych zleceń na korektę dojdę dopiero za jakiś czas. Dlatego zajęłam się też copywritingiem i prowadzeniem lekcji.  

Teraz przyjmuję mniej uczniów niż na początku, bo mam już więcej książek na warsztacie, zaczyna się też sezon na prace dyplomowe. Jednym słowem: zabezpieczyłam się innymi umiejętnościami, chociaż wiadomo, że na początku nie było łatwo. Podejrzewam, że jak za kilka lat spojrzę na siebie z dzisiaj, to pomyślę: „Jak ja wtedy żyłam?”. 🙂 

Mam nadzieję, że pójdę do przodu. Chodzi o to, żeby cały czas patrzeć przed siebie i skupiać się na szansach, bo tylko wtedy coś może nam się udać. W moim przypadku trzeba było zebrać się na odwagę i jakoś poszło. 😊 

Na dodatek poszło Ci bardzo dobrze, bo przetrwałaś pierwszy rok. Na efekty pewnych działań trzeba po prostu poczekać. Zamieściłaś na przykład post, ale coś zaczęło się dziać dopiero po 2–3 miesiącach.  

Zauważyłaś, że im większe będą Twoja widoczność i Twoje zasięgi, im więcej będzie punktów styku z klientami, tym lepiej, bo będziesz w stanie zaprosić do współpracy więcej osób. Pamiętając jednocześnie, że nie wszyscy zostaną Twoimi klientami.  

Jakie masz refleksje po roku bycia młodą przedsiębiorczynią? 

Jestem w szoku, bo dopiero po roku istnienia firmy dowiedziałam się, że to było dosyć ryzykowne działanie. Dużo firm upada w ciągu pierwszych 12 miesięcy. Cieszę się, że nie czytałam o tym wcześniej. 😉 

Czasami lepiej nie wiedzieć. 

Wiedza to potęga, ale czasami jej brak daje troszkę spokoju. 

Może też dodać odwagi. No bo po co masz się denerwować negatywnymi przykładami innych osób? 

Wiem, że popełniłam już masę błędów – czy to jako korektorka, czy to jako przedsiębiorczyni – ale wciąż tu jestem, rozmawiam z Tobą. Czyli radzę sobie całkiem dobrze, bo dotrwałam do tego momentu. I dostałam cenną lekcję, że przede mną jeszcze wiele błędów, ale jest też wiele rzeczy, które mogą się udać. 

Muszę być po prostu otwarta, muszę działać i korzystać ze wsparcia przyjaciół i przyjaciółek. To dużo daje, gdy ma się wokół wspierające osoby.  

Trzeba starać się iść naprzód. Jeśli coś się zepsuje – a zepsuje się na pewno – trzeba to w miarę możliwości naprawić albo lekko skorygować kurs. Czasami jak coś nie działa, to znaczy, że idziemy nie do końca w tę stronę, w którą powinniśmy.  

I czasami takie delikatne awarie na drodze mogą nam pokazać właściwy kierunek. Taką mam refleksję: co by się nie działo, to ode mnie zależy, co zrobię ze skutkami własnych działań. 

Możesz uczyć się na każdym błędzie i zaakceptować to, że będą się zdarzać. To od Ciebie zależy, czy potraktujesz je jako porażkę, czy jednak podniesiesz się i uznasz je za cenną lekcję. 

A jak radzisz sobie teraz z ZUS-em? 

Nie płacę już tego najmniejszego, bo zdecydowałam się na dobrowolne składki społeczne. Na początku te 3 literki po prostu mnie przerażały, ale teraz myślę: „OK, dam radę”. Przecież pracuję i mam zlecenia.  

Strach miał wielkie oczy. Nie po to pracuję, żeby mnie ZUS straszył. Tak się starałam ułożyć sobie działalność, że już nie muszę się o to martwić – to po prostu przelew, który wykonuję. Jasne, nie jest to przelew na torebkę czy na inne przyjemne rzeczy, ale to koszty, które jako przedsiębiorca po prostu ponoszę. Na szczęście to już nie drenuje aż tak bardzo mojego budżetu. 

Jakie widzisz zalety tego, że prowadzisz własną firmę? 

Przede wszystkim mam większą swobodę. Jak sobie zaśpię, bo wciągnęła mnie korekta i pracowałam do szóstej – czasami zdarza mi się tak zasiedzieć – to nic się nie stanie, jak pośpię do dziesiątej czy do dwunastej. Mogę kontrolować swój kalendarz i układać sobie różne rzeczy tak, jak chcę. Fajne jest to, że mogę pracować zgodnie ze swoim naturalnym rytmem i robić zakupy w porach, kiedy wszyscy są w pracy. 

Z drobnych przyjemności, to lubię swój niezobowiązujący dress code: skarpetki prawie do kolan, bluza polarowa, brak makijażu. Chyba że pokazuję się przed kamerą; wtedy wiadomo, że od pasa w górę trzeba jakoś wyglądać. 😉 

Mogłabyś opowiedzieć coś więcej na temat projektu, jakim jest agencja literacka? 

Zaczęło się od tego, że w Twoim programie poznałam przyjaciółkę – Andżelikę. Robiłyśmy razem zadanie w parach, które wyznaczyłaś nam w kursie. Andżelika jest dla mnie ogromnym wsparciem i to z nią robiłam pierwsze korekty. 

Na początku było to stresujące, bo spotkały się dwie korektorki i naszym głównym zajęciem było to, żeby nie wypaść przed sobą źle. Ale potem zaczęłyśmy się lepiej poznawać i teraz już się z tego śmiejemy.  

Zaczęłyśmy coraz bliżej współpracować. Jak miałam jakiś problem, to pisałam do Andżeliki, a ona odsyłała mi link albo gotową odpowiedź. Zauważyłyśmy, że dobrze się dogadujemy zarówno zawodowo, jak i prywatnie.  

Kiedyś dostałam zlecenie na pracę dyplomową z bardzo krótkim terminem. Okazało się, że nie muszę odmawiać, bo mogę podzielić się zadaniem z Andżeliką. 

Nasza pierwsza współpraca wyglądała tak, że poprawiałyśmy tekst w osobnych plikach, a potem połączyłyśmy się na wideo, siedziałyśmy nad tym razem i wymieniałyśmy się informacjami. Zobaczyłyśmy wtedy, że dobrze się przy tym bawimy.  

Innym razem robiłyśmy korektę poskładową w ten sposób, że jedna drugiej udostępniała ekran i razem szukałyśmy błędów. Po kilku takich sytuacjach chciałyśmy działać razem na szerszą skalę, więc zaprosiłyśmy do tego jeszcze dwie koleżanki. Jedną, która zna się na social mediach i dyscyplinuje nas w tym zakresie, i drugą, która zajmuje się grafiką. Stwierdziłyśmy, że stworzymy razem kolektyw.  

To koncept, który jest cały czas w budowie, ale rozwija się szybko, bo mamy już klientów. Każda z nas podpisuje się pod tym projektem własnym imieniem i nazwiskiem, a umowy zawieramy na razie na swoje firmy. Nie wiem, czy niedługo przekształcimy to w spółkę, czy pójdziemy w jakąś inną stronę.  

Na razie jesteśmy grupą, która wspiera autorów w procesie wydawniczym. Robimy korekty, redakcje, projektujemy okładki i pomagamy w promocji książek. Mamy też swoją sieć kontaktów, możemy zorganizować skład, właśnie dogadujemy się z drukarnią. To jest taki profil działalności, w którym każda osoba wykorzystuje swoje supermoce i nie musi rezygnować z innych działań ani z własnych planów. Jesteśmy otwarte na to, że jeśli projekt bardziej się rozwinie, to będziemy w stanie odpowiednio zareagować. 

Nie musicie na razie znać odpowiedzi na wszystkie pytania, bo różne scenariusze mogą się ziścić, więc będziecie reagować na bieżąco. 

Self-publisherzy przychodzą do Was, żebyście zaopiekowały się ich tekstami od A do Z – podobnie jak my przychodzimy do księgowej, żeby pomogła nam w podatkach. 

Staramy się bardzo i ważne jest dla nas delegowanie części zadań, bo rozumiemy, że nie jesteśmy od wszystkiego. Bardzo cenimy to, że mamy swoje księgowe. Jedyne, co muszę teraz ogarniać z księgowości, to wysyłanie zdjęć faktur i ewentualnie pliku ze sprzedażą bezrachunkową. 

Delegowania zadań to ogromna sztuka, bo często jesteśmy zosiami samosiami.  

Gdzie w tym momencie można Cię znaleźć w sieci? 

Najbardziej jestem aktywna na Facebooku i Instagramie. Można mnie znaleźć, wpisując „Korekta przy kawie Sylwia Dziemińska”.  

Jestem też w Wydawniczych Wiedźmach, z którymi działam na Facebooku, Instagramie i nawet na TikToku. 

Sylwia, to była bardzo inspirująca rozmowa. Jesteś dojrzałą osobą, bierzesz los w swoje ręce i pięknie się rozwijasz.  

Gdybyś miała podsumować naszą rozmowę jednym zdaniem, to co powiedziałabyś dziewczynom, które są dziś przytłoczone obawami? 

Na pewno wszystkie Słowne Agentki zobaczą te słowa w pewnym momencie na grafice lub slajdzie: „Bój się i działaj”.

To normalne, że będziesz się bać, bo to przecież nasz pierwotny instynkt. Strach jest naturalną reakcją, gdy zmieniasz nagle całe swoje życie, ale świadczy o tym, że coś robisz, że coś zmieniasz. Dlatego trzeba działać mimo tego strachu. 

Piękne podsumowanie. Ja się oczywiście podpisuję pod tym, żeby poszerzać swoją strefę komfortu.  

Nie musimy od razu z niej wyskakiwać; wystarczy, że trochę popchniemy jej ścianki, robiąc czasem niekomfortowe rzeczy.  

Przede wszystkim trzeba próbować, żeby móc powiedzieć: „Super! Udało się!”. I tego życzę każdemu.

Kartka

Poznanie niuansów językowych nie jest jedyną składową sukcesu w zawodzie korektorki: równie ważny jest mindset, który pozwala przekuć plany w działanie.

Program mentoringowy Słowna Agentka pozwoli Ci ułożyć nie tylko zasady stawiania przecinków, lecz także przekonania dotyczące biznesu i własnych możliwości.

Kliknij grafikę poniżej i poznaj program, dzięki któremu korektorki zaczynają odważnie spełniać swoje marzenia.

Ewa Binda autorka artykułu
Rozmowę przeprowadziła

Ewa Binda

Rozpoczęłam karierę zawodową od korekty, a dziś pracuję jako mentorka i edukatorka.
Moją misją jest pokazanie początkującym korektorkom, że są gotowe do pracy w wymarzonym zawodzie. Robię to dzięki kursom, warsztatom i programom mentoringowym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *.

Tak, chcę otrzymać prezent!

.

Tak, chcę otrzymać prezent! Cokolwiek.

Tak, chcę otrzymać prezent!

.

Chcesz, żeby Twój tekst był zniewalająco obłędny?
Chętnie przygotuję dla ciebie ofertę.