fbpx

BEZPŁATNE SZKOLENIE DLA (PRZYSZŁYCH) KOREKTOREK

Jak łączyć pracę na etacie z prowadzeniem działalności korektorskiej

Z tego artykułu dowiesz się m.in.:

• czy w 24 godzinach można pomieścić etat, dom i korektę;
• skąd biorą się pierwsi klienci;
• jak dać się znaleźć klientowi, zanim zacznie Cię szukać;
• czy należy bać się konkurencji;
• czy od razu trzeba zakładać działalność gospodarczą.

Czy zmiany w sferze zawodowej kojarzą Ci się z wywracaniem wszystkiego do góry nogami? A co powiesz na to, żeby niczego nie wywracać, a zamiast tego wszystko dopasować do siebie?

Basia Wrona – uczestniczka kursu Misja #Interpunkcja i programu mentoringowego Słowna Agentkanie rzuciła nagle etatu ani nie zmieniła codziennych przyzwyczajeń. Wciąż pracuje w biurze, a wieczory spędza na czytaniu. Z tym że teraz podczas czytania nanosi na teksty korektę. I sprawia jej to ogromną radość!

Sprawdź, jak zrobiła z korekty dodatkowe źródło dochodu. Może to coś również dla Ciebie?

Przed Tobą:

  • lista najważniejszych wniosków na przyszłość;
  • wideo – jeżeli chcesz obejrzeć rozmowę;
  • artykuł – jeżeli wolisz czytanie.
Spinacz biurowy

Lista najważniejszych wniosków na przyszłość

  • Brak studiów wyższych nie stanowi przeszkody, aby zadebiutować w zawodzie korektorki – klienci potrzebują Twojej wiedzy i umiejętności, a nie dyplomów.
  • Nieustanna nauka to ważny element w życiu korektorki, ale znajdź wreszcie odwagę, aby zacząć dzielić się zdobytą wiedzą.
  • Twoja strona WWW nie musi być idealna; na początku najważniejsze jest to, aby klienci mogli Cię po prostu znaleźć.
  • Nie możesz liczyć na to, że ludzie dowiedzą się o Twoim istnieniu, jeżeli sama im o tym nie powiesz – dlatego nieustannie przypominaj innym, czym się zajmujesz.
  • Twoi klienci już istnieją i czekają, aż do nich dotrzesz.
  • Zarządzanie czasem to nie wrodzony talent, ale umiejętność, którą ćwiczysz podczas każdego zlecenia.

Wersja do oglądania

Wersja do czytania

Ewa Binda: Cześć, Basiu! Wielkie dzięki za przyjęcie zaproszenia. Historia każdej kobiety jest wyjątkowa i może zainspirować innych, chociaż czasami same tego nie widzimy. Powiedz nam, kim jesteś i jak to się stało, że zadebiutowałaś jako korektorka. 

Barbara Wrona: Cześć! Ja też bardzo dziękuję za zaproszenie. 

Zawsze mówię o sobie, że jestem pasjonatką poprawności językowej. Od dawna interesowało mnie, co, jak i dlaczego.

Myślę, że początkiem był epizod w liceum, kiedy redagowałam gazetkę – zainteresowała mnie przygoda z tekstami i pomyślałam, że może kiedyś coś z tego będzie.

W pracy zawodowej – bo pracuję na etacie – praca z tekstami jest jednym z moich obowiązków. Przygotowuję teksty techniczne, poprawiam instrukcje, opisy, pisma. Robię to już od dłuższego czasu i do tej pory korzystałam z wiedzy z liceum i ze studiów. Wydawało mi się, że tyle wystarczy.

Przyszedł jednak moment, kiedy zauważyłam, że czegoś mi brakuje, że coś trzeba poukładać.

W sieci możemy obserwować mnóstwo specjalistów. Czytałam ich newslettery i coraz bardziej dojrzewała we mnie decyzja, żeby trochę się doszkolić w temacie korekty. Przyszedł czas pandemii, przyszedł czas siedzenia z małymi dziećmi w domu.

Pojawiła się wtedy specjalna edycja jednego z kursów korekty, a ja pomyślałam: „To jest ten moment. Mogę zagospodarować czas, uspokoić głowę i wykorzystać wiedzę, którą ktoś podaje mi na tacy. Może coś ciekawego z tego wyjdzie?”. I tak się zaczęło.

Czyli COVID-19 okazał się momentem przełomowym. Wykorzystywałaś wiedzę wyniesioną z liceum i ze studiów, ale nie studiowałaś polonistyki, więc te informacje były pewnie dość ogólne. Miałaś jednak ogromną energię i ogromną chęć, żeby poprawiać teksty. Podczas lockdownu oznajmiłaś sama sobie: „Tak, chcę iść w kierunku specjalizacji”.

Powiedz, co było dalej – czy poprzestałaś na jednym kursie, czy dalej się rozwijałaś? 

Od kursu wszystko się zaczęło. Powstała strona internetowa, pierwszy tekst, który poprawiłam w ramach praktyk po kursie, i redakcja przedwydawnicza książki napisanej przez koleżankę z kursu. Wprawdzie bez wpisu do stopki redakcyjnej, ale z dedykacją dla mnie, więc to był taki mój… 

Debiut. 

Taki mój wewnętrzny mocny start. Ale po tej książce wszystko się zatrzymało. Po pewnym czasie uznałam, że czegoś mi jednak brakuje, a wiedza, którą zdobyłam i która pozwoliła mi ruszyć, to wciąż za mało. Potrzebowałam czegoś więcej. Wzięłam udział w kolejnym kursie u bardzo otwartej, ciepłej osoby, dzięki której się przełamałam. 

A w jaki sposób? Przypuszczam, że chodziło raczej o kwestie wewnętrzne, a nie typowo językowe. Czego wtedy potrzebowałaś i dlaczego uważasz, że był to kolejny przełomowy moment?  

Nieraz się nad tym zastanawiam i trudno mi jednoznacznie powiedzieć, co zaskoczyło. Może atmosfera, może ludzie, z którymi złapałam fajny kontakt i z którymi do dzisiaj działam i z którymi wyciągamy się za uszy do góry. Coś zaskoczyło – nie umiem powiedzieć co – ale zdecydowałam, że spróbuję po raz kolejny ruszyć z proponowaniem innym mojej wiedzy. Powoli zaczęłam wierzyć, że jednak coś wiem i potrafię.

Zaczęłam proponować współprace osobom, które odkryłam na Instagramie – takim, z którymi było mi po drodze wiedzowo i treściowo, i którym mogłam dać coś od siebie.

Czyli doszłaś do wniosku: „OK, już rzeczywiście dużo wiem, mogę wykorzystać tę wiedzę, mogę się nią dzielić”. Ale nie poprzestałaś na tym, tylko aktywnie zaczęłaś wychodzić do osób poznanych na Instagramie. W jaki sposób do nich docierałaś? Czy pisałaś wiadomości prywatne? Proponowałaś coś konkretnego czy po prostu dawałaś znać, że istniejesz i możesz im pomóc? 

Przez jakiś czas byłam aktywna u tych osób – czytałam, co publikują, dawałam serduszko, bo czułam, że warto doceniać treści, z których czerpię. Kiedy zwróciłam uwagę na warstwę językową treści blogowych – bo te osoby prowadziły blogi – poszłam o krok dalej. Nie tylko zaproponowałam, że mogę pomóc, ale pokazałam, jak to zrobię – przygotowałam próbkę tego, co potrafię, czyli korektę opublikowanych lub nowych tekstów. Jednej dziewczynie zrobiłam tekst, który miała przygotowany i który czekał na publikację. Gdy go zobaczyła, powiedziała: „Wow, fajnie, to mi się podoba. Pewnie będziemy działać dalej, dziękuję. Fajnie, że jesteś i pokazałaś, że dzięki tobie tekst, który wrzucę na bloga, będzie lepszy”.

To jest super pomysł, żeby pokazać, co potrafisz, a nie tylko o tym mówić. Często nasi potencjalni klienci nie zdają sobie sprawy, że coś kuleje językowo. My spoglądamy na to zupełnie inaczej: widzimy te wszystkie brakujące przecinki, błędne słowa czy stylistyczne niezgrabności i jesteśmy w stanie pomóc. Bardzo podoba mi się perspektywa, że pomagamy klientom, że docieramy do nich. Świetnie wykorzystałaś w tym celu medium społecznościowe. Czy to się przekształciło w dłuższe współprace?

Do dzisiaj działam zarówno z Karoliną (czyli z psychologodnowa.pl), jak i z Kasią Burchacką-Klimczuk (czyli kobietabizneskuchnia.pl). 

Kasia wydaje „Kalendarz dobrych dni”. Po tekstach blogowych i kilku artykułach, które sprawdzałam dla niej przed wysłaniem do gazety, bo czuła się dzięki temu spokojniejsza i ufała mi bardziej niż innym redaktorom, dwa lata z rzędu robiłam korektę kalendarza. Skrzydła na jego okładce są dla mnie realnym znakiem, że frunę, że można. 

Wszystko zaczęło się od ciebie. To piękny przykład i źródło inspiracji dla innych dziewczyn, które jeszcze nie mają odwagi, żeby z kimś się skontaktować lub do kogoś napisać. Jesteś dowodem, że przynosi to piękne owoce i da się tego dokonać. 

Przypomniała mi się jeszcze jedna rzecz à propos drugiego kursu. Usłyszeliśmy od prowadzącej, że gdy zaczynała, to też wysłała kilkadziesiąt maili, na które nie uzyskała odpowiedzi. Teraz jak przypominam sobie o tych mailach, które wysłałam i które mnie zdołowały, to wiem, że nie byłam jedyna. Masa osób, które zaczynają, musi liczyć się z tym, że na większość maili prawdopodobnie nie dostaniemy odpowiedzi. Ale na któryś dostaniemy.

Myślę, że ważne jest wysyłanie tych wiadomości, chociaż nie ukrywajmy – to nie jest komfortowe, żeby nagle wysyłać zgłoszenia i, uwaga, mówić z pewnością siebie, że „jestem w stanie ci pomóc, mogę zrobić to i tamto”. Bez tego pozostaniemy jednak w strefie, w której jest nam wygodniej, a tam nie ma mowy o rozwoju.

Wiele kobiet chce zacząć działać w zawodzie korektorki z myślą o rozwoju osobistym. Podczas korekty tekstów stykamy się z różnymi tematami – jest to na pewno zawód, w którym trudno o nudę. Nawet jeśli mamy swoją specjalizację, to tak czy inaczej przy każdym tekście czegoś się uczymy. Jak ty to odbierasz? 

O tak, w 100% się z tobą zgadzam. Chyba nie było sytuacji, w której otworzyłam plik, zamknęłam i wiedziałam, że to już koniec pracy. 

Tak, zawsze jest drążenie. 

Zdarzają się wyrażenia, przy których zaświeci mi się lampka ostrzegawcza – wiem, że coś tu trzeba sprawdzić, bo to może być podchwytliwe. Ja już nie ufam samej sobie. Nagle pojawia się jakieś rozwiązanie, z którym opatrzyłam się przez całe życie, ale coś mi w nim nie gra. Muszę sprawdzić je w jednym słowniku, w drugim, w trzecim. A może zapytać kogoś, jeżeli słowniki milczą. Nie ma słownika, w którym znajdziesz wszystko, są pewne rozwiązania, o których nikt jeszcze nie powiedział, okazuje się, że zawsze jest jakiś wyjątek od wyjątku poprzedzony wyjątkiem i „to zależy”. Więc się nie nudzę i odkrywam coraz to nowe zasady. Nawet po przerobieniu wszystkich materiałów z kursów cały czas pojawia się coś, co mnie zaskakuje. I to jest fajne.  

To jest piękne. 

Bo to nie pozwala się nudzić. 

Powiedz, jak podchodzisz do kwestii samorozwoju i uczestnictwa w kursach i programach. Z jednej strony, tak jak powiedziałaś na początku dostajemy na tacy czyjeś rozwiązania wypracowane przez lata, dostajemy też wsparcie, a to na pewno bardzo ważne. Ale z drugiej strony być może jest w niektórych osobach obawa, że ileż można się uczyć, w ilu kursach można brać udział.

Dodam, że Basia jest teraz w moim programie mentoringowym Słowna Agentka, brała też udział w kursie Misja #Interpunkcja. Dlaczego do nich dołączyłaś i tak bardzo inwestujesz w swój rozwój?

I jak to postrzegasz w kontekście syndromu oszusta, który w naszym zawodzie jest często spotykany – polega na ciągłych obawach, że lampka nie włączy się nam w odpowiednim momencie. Opowiedz, dlaczego tak mocno się rozwijasz i jak radzisz sobie z perfekcjonizmem. 

Zastanawiam się, czy nauka to moja wewnętrzna potrzeba. Nie znam swoich talentów Gallupa, ale bardzo możliwe, że właśnie o to chodzi i po prostu potrzebuję dowiadywać się czegoś nowego.

Każda z osób, które działają i uczą, ma coś innego do zaoferowania; nie jesteście jednakowi. Szanuję każdą osobę, z którą miałam okazję się uczyć, bo od każdej dowiedziałam się bardzo dużo. Wprawdzie obiecuję sobie, że w 2023 roku nie zacznę żadnego nowego kursu… 

Zobaczymy, Basia, zobaczymy.

Mam nadzieję, że to jest nagrane i przypomnisz mi, jak zapiszę się na kolejny albo będę chciała się zapisać. Żartuję, oczywiście. Nie wiem, czy to akurat jest syndrom oszusta, chociaż on na pewno gdzieś tam jest i próbuje podcinać skrzydła. Mam wrażenie, że warto poznawać inne spojrzenia na język i tekst, bo może swojego jeszcze nie wypracowałam tak na 100% i wciąż tego potrzebuję.

Gdybyśmy dali tekst do korekty trzem różnym osobom, to każda poprawi go inaczej, bo oprócz oczywistości, takich jak błędy ortograficzne czy interpunkcyjne, chodzi też o styl. To nie jest takie proste jak np. wbicie gwoździa – każdy zrobi to tak samo, efekt jest taki sam, wystarczy chwycić młotek, uderzyć w odpowiednim punkcie i tyle. Dowiesz się tego raz i ta wiedza wystarcza ci na całe życie. Fajnie, że to powiedziałaś: w naszym zawodzie spojrzenia, techniki pracy i to, na co zwracamy uwagę, różnią się w zależności od osoby.

Ja też jestem maniaczką kursów – w tym roku uczestniczyłam w 23. Czasami jest tak, że wystarczy jedna odkrywcza myśl, żebym uznała: „Tak, było warto”. I wynika to właśnie ze spojrzenia danego prowadzącego oraz sposobu, w jaki przepuszcza różne informacje – jak soczewka. Bardzo to lubię. 

Dlatego muszę się przyznać, że przed świętami rzutem na taśmę kupiłam kurs. Tym razem już nie korektorski – odkryłam, że jest mi bardzo dobrze na Instagramie i pozwoliłam sobie pójść z prądem. Myślę, że mi się przyda, tym bardziej że coraz więcej osób trafia do mnie przez Instagram. Poznały tam nie tylko moje logo, ale przede wszystkim trochę zwariowaną korektorkę, bo nie siedzę tylko w książkach, ale czasem nagram też coś mniej poważnego. Życie nie jest czarno-białe, a korekta to nie tylko surowe zasady języka polskiego, więc warto dać sobie trochę luzu

Korzystasz z Instagrama jako formy dotarcia do klienta, a przecież nie wszyscy klienci szukają tam edukacji – szukają też chwili zapomnienia, rozrywki i to od nas zależy, w jaki sposób się z nimi komunikujemy. To niekoniecznie muszą być wyrywki ze słownika i tłumaczenie zasad interpunkcyjnych czy ortograficznych. Ty pokazujesz się też z prywatnej strony: co robisz, co czytasz. Myślę, że to bardzo fajny sposób budowania relacji z osobami, które cię obserwują. I nawet jeżeli one jeszcze nie zgłaszają się do ciebie, to już kojarzą Basię W., jej logo i nazwę marki. 

Czy pamiętasz swojego pierwszego takiego klienta – czy to był ktoś, do kogo sama się zwróciłaś, czy te pierwsze zlecenia przyszły do ciebie w inny sposób? Chociaż to nigdy nie jest tak, że one same przyjdą – to my najpierw musimy wcisnąć guziczek w swojej głowie, a potem jeszcze jeden gdzieś w świecie zewnętrznym. Jak ty to zrobiłaś?

To ja wyciągnęłam rękę po moje pierwsze zlecenie, które zakończyło się wystawieniem faktury. Pracuję w biurze, więc interesują mnie różne rozwiązania i sposoby pracy, jeśli chodzi o pracę biurową. Dotarłam do jednej z wirtualnych asystentek, zainteresował mnie jej profil, podczytywałam, co ciekawego pisze. Myślałam nawet o tym, żeby pójść w kierunku wirtualnej asysty, nie korekty. I okazało się, że Ada pisze e-book, więc zapytałam: „Może potrzebujesz korektora?”. A ona mówi: „Wiesz, właśnie planowałam szukać”. 

Zanim zdążyła poszukać, ja już tam byłam.

Znalazłaś się tam, bo ją obserwowałaś, czytałaś i w odpowiednim momencie po prostu do niej napisałaś. Jakie to było dla niej świetne rozwiązanie – nie musiała już nikogo szukać. Czyli twoje pierwsze zlecenie to była współpraca przy e-booku. 

To było takie zlecenie, które mocno we mnie siedzi i o którym zawsze będę pamiętać. Współprace, o których wcześniej wspomniałam, też przełożyły się na realne efekty i trwają do dzisiaj: kalendarze Kasi, karty motywacyjne Karoliny, ostatnio przygotowałam też dla niej inne teksty. Ona do mnie wraca. 

Stała klientka. 

Kiedyś pokazałam jej, że jestem i mogę pomóc. Dzisiaj już wie, gdzie mnie szukać, jeśli będzie mnie potrzebować. Nie mogę liczyć na to, że ludzie dowiedzą się o moim istnieniu, jeżeli sama im o tym nie powiem. No więc zaczęłam o tym mówić. 

Druga ważna kwestia to relacje w branży, która w moim odczuciu jest bardzo otwarta i życzliwa. Gdy pracowałam nad e-bookiem o wirtualnej asyście, pojawiło się zlecenie, które przekazała mi jedna z dziewczyn poznanych na kursie. Do opracowania była praca doktorska z finansów. Miałam tę wiedzę po studiach, stykam się z tekstami finansowymi na co dzień, więc wiem, jak je czytać i jak sobie z nimi radzić. Dziewczyny, które nie czuły się w tym temacie dobrze, powiedziały: „Może ty”. Zrobiłam tę pracę doktorską – było to bardzo duże wyzwanie pod względem bibliografii i treści. Mocna lekcja, która pokazała mi, że dużo wiem, ale też dużo nie wiem. 

W jaki sposób się dowiedziałaś, że nie wiesz – musiałaś dużo sprawdzać czy dopytywać autora? 

Tak, musiałam pewnych rzeczy szukać, ponieważ na kursach dostajemy tylko pewien zakres wiedzy. 

Nikt nie jest w stanie przekazać wszystkiego. Nigdzie nie da się zawrzeć wszystkich rodzajów przypisów, wszystkich rodzajów źródeł, na które trafiasz w tekstach. To nie mógłby być kurs trzymiesięczny ani nawet roczny – trzeba by było siedzieć w tym non stop.  

Tak jak mówisz – nie ma nudy, każde kolejne zlecenie pokazuje ci, gdzie jesteś, i że są jeszcze rzeczy, nad którymi musisz popracować.

Tak, bo to był już tekst bardzo specjalistyczny. Byłaś w stanie się nim zająć z racji swojego wykształcenia – to pokazuje, w jaki sposób możemy dbać o rozwój swojej specjalizacji. Ty akurat nie poszłaś zdecydowanie w tę stronę, ale w tamtym momencie byłaś do tego idealną osobą. 

I później zrobiłam jeszcze pracę magisterską z tej samej dziedziny. Ale tylko dlatego, że powiedziałam, że to robię, a ktoś z mojego otoczenia znał osobę, która pisała pracę magisterską i szukała korektora. 

To, co powiedziałaś, jest bardzo ważne. Musimy same siebie określić jako korektorki, czyli osoby, które pomagają w dopracowaniu tekstów. To musi wyjść od nas. Oczywiście, jak już dotrzesz do klienta, który okaże się zadowolony, to będzie cię polecał. Dziewczyna napisała jeden e-book, a potem napisała następne, ktoś napisał jeden post blogowy, potem kolejne i już wiedział, do kogo może się zwrócić. Natomiast to wszystko zaczyna się w naszej głowie. Nie ma takiego momentu, w którym czujesz się gotowa. Musisz po prostu podjąć decyzję: „OK, robię to. Jestem w stanie pomóc w pracy nad różnymi tekstami – mogę pomagać osobom, które napisały pracę doktorską, magisterską, e-book. Jestem tutaj i można się do mnie zwracać”.

Chciałam też porozmawiać z tobą o kwestiach bardziej formalnych, bo wiem, że łączysz pracę na etacie z działalnością gospodarczą – jesteś korektorką, prowadzisz swoją firmę. Jak ty to robisz? 

Doba ma 24 godziny. 

Bardzo dużo dla niektórych. 

Bardzo dużo, więc to od nas zależy, czy czas po pracy etatowej spędzamy, przełączając kanały w telewizji. Jeśli ktoś to lubi – to czemu nie. Mnie cieszą teksty i książki i sprawia mi to niesamowitą przyjemność. Spinam się więc, bo naprawdę trzeba się spiąć, żeby ogarnąć etat i dom. Ale siadam wieczorem przy tekście, z wolną głową. Czasem mam za sobą trudniejszy dzień, czasem łatwiejszy, więc jednego dnia mogę zrobić więcej, a drugiego mniej. Ale po prostu myślę, że się da. Życie wszystko weryfikuje, nie powiem ci dzisiaj: „Codziennie pracuję po cztery godziny”. 

Nie da się chyba, prawda? Miewasz różne dni, różne samopoczucie, czasem zdarzy się choroba, masz przecież dzieci, więc jest to też kwestia życia prywatnego. 

Obciążenie życiem każdego dnia jest mniej lub bardziej angażujące. Angażuje nasze myśli i jednego dnia mogę się skupić lepiej i zrobić coś szybciej, drugiego dnia nie jest to już możliwe. Jestem typem osoby, która chyba najlepiej skupia się w nocy. Najłatwiej pracuje mi się wieczorem, kiedy nie mam już przeszkadzaczy. To jest dla mnie idealne rozwiązanie.  

Dzieci już śpią, kolacja zrobiona. 

Dzieci już śpią, nikt o tej porze do mnie nie dzwoni, więc jestem w stanie siąść do komputera, zająć się danym tekstem, zrobić tyle, na ile pozwala mi dyspozycja danego dnia. I tak to działa. 

Myślę, że gdybyś nie kochała korekty, to byś tego nie robiła. Widzisz, jak ten tekst dzięki tobie nabiera kształtów – to bardzo cię napędza, prawda? No bo komu by się chciało po tych ośmiu godzinach na etacie i ogarnięciu domu, zasiadać wieczorem na cztery godziny nad czymś, co nie sprawia mu przyjemności? Myślę, że ważne jest to, że korekta cię po prostu kręci. 

Ale ja czytam książki, Ewa. O czym my mówimy – czytanie to jest największa przyjemność. 

Tak, największa radość – czytanie, pisanie, poprawianie. 

Największa radość. Akurat ostatnio pracuję głównie nad beletrystyką. Jeżeli usiadłabym z książką, to widać, że czytam. Ale jeżeli siadam przy komputerze – to pracuję. A że to jest praca połączona z przyjemnością? Czuję się z tym bardzo dobrze!

Doskonale cię rozumiem. Czasami jednak czytałam coś tak wciągającego – fabuła, fantastyczni bohaterowie – że się po prostu zapominałam, wychodziłam z butów korektorki i później musiałam wracać, bo popłynęłam. 

Też tak mam. Przez nasze ręce przechodzą różne teksty.  

Na przykład poprawiając bajki, aż tak się nie angażuję. Patrzę przez pryzmat czytelników, jakimi są moi chłopcy. Więc jako mama angażuję się, ale nie w treść, tylko w sens tego, co później będą odbierać dzieciaki.  

Ale jeżeli czytam książkę i jest świetna akcja… Muszę przyznać, że zdarzyło się, że musiałam przypomnieć sobie, że ja tę książkę mam poprawiać, a nie tylko czytać. Wracałam się te parę stron, bo nagle tak się wciągnęłam. To niesamowite, że tak można. 

Mówią, że jeżeli robisz coś z przyjemnością, to nie jest praca. To jest praca, szczególnie jeżeli jest to coś trudnego, np. teksty techniczne, bo z takimi też mam do czynienia. Ale takich tekstów nie robię wieczorem. To są teksty, które robię w pracy na co dzień, więc wtedy nie ma akcji, tylko sprzęty i technikalia. To jest inny rodzaj korekty. Ale dzięki temu mogę ćwiczyć to, czego się nauczyłam, na różnego rodzaju tekstach – i muszę podkreślić, że to mi bardzo pomaga w pracy etatowej.  

Był nawet taki moment, kiedy współpracownicy troszeczkę sobie żartowali z tego, że ja tak poprawiam i „miodkuję” – stąd pojawiła się ta historia z moim „miodkowaniem”.  

Ale kiedy parę razy ktoś odczuł na własnej skórze, że warto, żebym zobaczyła tekst, zanim zobaczy go strona trzecia, to teksty zaczęły przechodzić przez moje ręce i już nie ma śmichów. 

Jesteś w swojej pracy ekspertką w tej dziedzinie. 

Ja się na tym znam i mogę pomóc. Nie ma znaczenia, czy to jest biuro, w którym poprawiam teksty na co dzień, czy książki, z którymi spędzam moje piękne wieczory. 

To piękne, że możesz przyjmować takie zlecenia, którymi będziesz w stanie dobrze się wieczorem zaopiekować, czyli np. beletrystykę. Niekoniecznie przyjmujesz wszystkie, wiedząc, że masz taki tryb, że na niektóre musiałabyś wziąć sobie wolne z pracy albo poświęcić weekend. Pewnie masz jakiś system doboru zleceń? Czym się kierujesz? 

Szczerze mówiąc, chyba nie zdarzyło mi się jeszcze zrezygnować z takiego zlecenia. Po prostu sygnalizuję, że nie jestem w stanie pomóc dzisiaj. Po dwóch latach czytania różnych tekstów jestem w stanie oszacować mniej więcej, ile zajmie mi praca. Coraz świadomiej planuję, chociaż jeszcze nie umiem tego na 100% i jeszcze się tego uczę. Coraz świadomiej oceniam swój czas i możliwości. Rozmawiamy pod koniec grudnia, a ja jestem umówiona z dziewczyną na marzec. Po pierwsze, ona ma coś do dokończenia. Po drugie, ja mam już takie większe tematy zaplanowane do lutego, więc nie mogłabym zaangażować w 100% moich myśli, mojej głowy. Sądzę, że to uczciwe. 

Tak, czasami wydaje się nam, że wszyscy klienci oczekują, że w ciągu tygodnia lub dwóch poprawimy ich teksty. Myślę jednak, że jest coraz więcej klientów, którzy są świadomi tego, jak bardzo czasochłonny jest proces wydawniczy, i wiedzą, że poszukiwania redaktora lub korektora trzeba rozpocząć z wyprzedzeniem. Biorą też pod uwagę, że my również jesteśmy zajęci, nasz kalendarz jest już po części wypełniony i że naprawdę trzeba się do tego przygotować. Świetnie, że już wiesz, jak oszacować swój czas, bo pewnie bardzo łatwo byłoby zamienić się w zombie: osiem godzin etatu, później osiem godzin korekty, bo przecież to sama przyjemność. 

Nie da się tak. 

Nie idziemy w tę stronę. Żeby się nie wypalić, musimy dbać o czas dla siebie, o reset, o odpoczynek, tak żeby np. weekendy mieć wolne. Zauważyłam u siebie, że weekendy pracujące prędzej czy później odbijają się na moim zdrowiu lub samopoczuciu. 

Powiedz, Basiu, czy od razu założyłaś firmę, kiedy miałaś już tych powracających klientów? Czy wcześniej rozliczałaś się na podstawie umowy zlecenia lub w jakiś inny sposób? 
 

Do kiedy mogłam, to korzystałam z działalności nierejestrowej. Są formalne zasady prowadzenia takiej działalności – limit miesięcznych przychodów, który pozwala przez jakiś czas korzystać z tej metody. Przyszedł jednak taki moment, że zlecenia stały się większe i wiedziałam, że tak się dalej nie da. To wtedy musiałam pojawić się formalnie jako Tekst na nowo i od tamtej pory tak sobie działam. Raz bardziej intensywnie, raz mniej. Życie jest życiem, tu się nie da powiedzieć, że jestem wzorowym przedsiębiorcą. Po prostu robię tak, jak jestem w stanie to poskładać.  

Tak, zwłaszcza że łączysz to z etatem, więc masz sporo na głowie.  

Basiu, czego mogę ci życzyć na ten nowy rok? Jakie masz plany, w jakim kierunku dążysz, co by cię najbardziej uszczęśliwiło? 

Możesz mi życzyć przede wszystkim – jak każdemu z nas – zdrowia. To jest podstawowy element, którego nam trzeba, żeby poskładać wszystko, co robimy. A tak zawodowo marzy mi się, że moja strona internetowa będzie na wyższym poziomie, będzie fajnie poukładana i zaprojektowana, bo na razie działa tylko w takiej postaci, w jakiej zrobiłam ją sama. Informatyka nie jest moją specjalnością, aczkolwiek osiągnięciem jest to, że ta strona istnieje w takiej formie, w jakiej istnieje. Mam ambitne plany i już podjęłam rozmowy z osobą, która może mi pomóc. A poza tym chciałabym, żeby wszystko kręciło się tak, jak się kręci, żeby plany zaskakiwały, żeby zlecenia się nie nakładały i żeby życie nie komplikowało naszych marzeń. Żeby wszystko można było realizować tak, jak to sobie zakładamy. 

Basiu, tego ci życzę, ale muszę powiedzieć jeszcze dwie rzeczy. Bardzo istotne jest to, co pojawiło się między wierszami – sama stworzyłaś stronę, która chociaż jest niedoskonała, to służy ci i jest wystarczająco dobra. W trzecim roku swojej działalności chcesz ją profesjonalizować, ale od strony WWW nie zależy twoje być albo nie być jako korektorka – chciałam to podkreślić.  

Druga ważna sprawa – to nie ty będziesz poświęcać swój cenny czas, aby ją dopracować, tylko to komuś zlecisz. I to jest piękne, że każdy z nas ma swoje uzdolnienia, specjalizacje i działa na różnych polach. Ty dasz wytyczne, ktoś to za ciebie zrobi, a ty swój czas poświęcisz na to, w czym jesteś najlepsza, czyli na poprawę tekstów. 

Basiu, gdzie cię można znaleźć w sieci? 

Przede wszystkim można mnie znaleźć na Instagramie, bo tam jestem najbardziej aktywna. To jest taki mój reset na co dzień, więc jak tylko mam czas, to pojawiają się tam i zdjęcia, i różne merytoryczne rzeczy. Wprawdzie powiedziałaś, że nie szukamy na Instagramie edukacji, ale… 

Nie zawsze, nie wszyscy. 

W moim odczuciu my, korektorzy, możemy wiele rzeczy przemycić. Trudno jest, nie każdy chce, żeby poprawić jego tekst, bo czuje się z nim dobrze. I nie jest na to gotowy z obawy, że to nie będzie już jego. Ale możemy sygnalizować różne ciekawe rzeczy i pokazywać, jak tekst może wyglądać lepiej.

Jestem też na stronie tekstnanowo.pl. Możesz ją zobaczyć na komputerze, na telefonie jeszcze sprawia problemy. 

To przyjdzie z czasem. 

Ale wierzę, że w tym roku to się zmieni. 

Czyli Tekst na Nowo Basia Wrona była dzisiaj moim i waszym gościem. Basiu, bardzo ci dziękuję za rozmowę.  

Jesteś wspaniałym przykładem tego, że jeżeli czegoś bardzo chcemy, to znajdziemy metody, żeby to osiągnąć. Jeszcze raz wielkie dzięki i powodzenia w twojej drodze. Trzymaj się ciepło.  

Ja też ci bardzo dziękuję i życzę licznego grona Słownych Agentek, które wyjdą spod twoich skrzydeł. I mnóstwa energii do działania, bo jestem pod wrażeniem tego, co robisz. 

Dziękuję, bardzo mi miło. Mnie też napędza ta wizja i misja, chociaż czasami przydałyby się takie dodatkowe baterie Duracell. 

Wierzę, że ktoś je wynajdzie, Ewa, w tym roku. I ten patent dostaniesz i ty, i ja, i to wszystko będzie się fajnie spinać. 

Tego się trzymajmy.

Kartka

Chcesz zobaczyć, jak inne dziewczyny łączą korektę ze swoim życiem zawodowym?

Kliknij grafikę poniżej i poznaj historie uczestniczek programu mentoringowego Słowna Agentka.

Opinie czterech kursantek
Ewa Binda autorka artykułu
Rozmowę przeprowadziła

Ewa Binda

Ja też łączyłam pracę na etacie z dodatkowymi zleceniami na korektę i redakcję – ale z czasem to, co było dodatkowym źródłem dochodów, stało się tym głównym.
Czy nie byłoby wspaniale, gdybyś Ty też tego doświadczyła?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *.

Tak, chcę otrzymać prezent!

.

Tak, chcę otrzymać prezent! Cokolwiek.

Tak, chcę otrzymać prezent!

.

Chcesz, żeby Twój tekst był zniewalająco obłędny?
Chętnie przygotuję dla ciebie ofertę.